autor Beata B-ska
Gabriel szybkim krokiem, przeskakując po dwa stopnie, wspiął się po schodach na piętro i skierował wprost do gabinetu dziadka. Zamaszystym ruchem otworzył drzwi i równie szybko, delikatnie je za sobą zamknął. Wiedział co by powiedział dziadek na takie zachowanie, prawie czuł na plecach jego spojrzenie. Uczucia które rodziły się w głowie chłopca spływały do serca i z powrotem, zmieniały się jak w kalejdoskopie. Miał takie dziwne uczucie w żołądku, jakby ten dzień z jakiegoś powodu miał różnić się od innych dni jego urodzin. Były prezenty. Czuł radość, ale czuł też gniew, smutek, złość i jeszcze wiele innych , których nawet nie umiał nazwać. Czuł też to, że dziś nie zaśnie. To bardzo dziwny dzień, pomyślał.
– Zostanę tutaj, z Tobą – powiedział do portretu dziadka.
Wiedział, że w takiej sytuacji musi się ukryć przed matką. Na zegarze wybiła dwudziesta pierwsza.
– Widzisz, zdążyłem być tu z Tobą w twoją ulubiona godzinę – cicho wyszeptał.
Z głośników, z salonu rodziców ciągle było słychać graną już po raz któryś piosenkę Rosemary Clooney – Mambo Italiano, którą od wujka Filipa dostała dzisiaj jego mama. Gramofon konsolowy przywiózł tata Gabriela z którejś z wyprawy, a wujek oraz inni znajomi rodziny, pamiętając zamiłowanie Barbary do muzyki, zawsze starają się dać jej w prezencie jakąś płytę winylową z muzyką, którą udało im się kupić będąc w podróży. Na dole goście rozmawiali wesoło, więc chłopiec mógł spokojnie porozmyślać.
– Dziesięć lat, minęło dziesięć lat dziadku! A obiecałeś, że za rok o tej godzinie tutaj będziesz – powiedział patrząc na portret z żalem.
Zwinął się w kłębek w wielkim fotelu i zamknął oczy. Musiał na chwilkę przysnąć, bo z dołu jak z daleka, zaczął do niego docierać głos matki
– Gabryś! Gabryś, choć pożegnać się z gośćmi – wołała
Słyszał jej kroki, przypuszczał, że pójdzie do jego pokoju, sprawdzić czy już poszedł do siebie. Prawie czuł zapach jej lawendowych perfum. Prawie widział, jak zatrzymuje się przed lustrem, aby potwierdzić swój nienaganny wygląd, poprawia kosmyk niesfornych włosów, przeciera palcem kąciki ust, aby sprawdzić, czy pomadka się nie rozmazała, przekręca się kilka razy w lusterku i stwierdzając, że wszystko jest w należytym porządku pójdzie dalej skręcając w korytarzyk prowadzący do jego pokoju. Dziś wygląda szczególnie ładnie ubrana w sukienkę z dekoltem, na szerokich ramiączkach z rozkloszowanym dołem. Ramiączka sukienki są białe, ale sama sukienka jest biała w jaskrawoczerwone maki, które od malutkich u góry przechodzą w coraz większe im są niżej. W tali ma przewiązany czerwony pasek, w takim samym kolorze pantofle, a na toaletce, przed lustrem leży czerwony kapelusz z dużym rondem. Tak, dziś wygląda szczególnie ładnie, pomyślał i poczuł ukłucie w sercu, gdyż wiedział, że pewnie znów sprawił jej zawód.
– Przepraszam Was bardzo, ale ten dzień jest dla niego bardzo trudny, chyba się już położył, pożegnam Was w jego imieniu – zwróciła się do gości oficjalnym tonem.
-Nie przejmuj się Basiu, rozumiemy to – powiedział któryś z gości.
Czyj to głos, zaczął zastanawiać się Gab, ale nie miał już na to czasu, bo na dole słychać było zamykanie drzwi wejściowych i wiedział, że teraz to jego mama już na pewno pójdzie do jego pokoju aby zobaczyć czy zasnął. Kołdrę ułożył tak, aby z daleko wyglądało że śpi, jednak w duszy czuł, że matka podejdzie pocałować go w czoło. W czoło, którego tam nie ma. Wiedział, że będzie go szukać i przyjdzie tutaj na górę. Dlatego szybko, w odruchu popłochu, zerwał się z fotela i schował się za jedną z wielkich kotar, które wisiały w oknach gabinetu. Saloniku, poprawił się w myślach. Matka nazywała ten pokój dziadka gabinetem, lecz sam dziadek zawsze mówił, że to nie jest gabinet, bo w gabinecie się pracuje, a on tu też wypoczywa, więc dla niego jest to jego salonik!
Ciekawe czy mnie dziś znajdzie, pomyślał. Coraz trudniej było mu wyszukiwać miejsca w których mógł się ukryć. Usłyszał kroki na schodach, które powoli zbliżały się do drzwi, następnie cichutkie skrzypnięcie delikatnie otwieranych drzwi, stuknięcia pantofli o podłogę, gdy cicho weszła do pokoju. Wiedział, że rozgląda się lustrując w półmroku przestrzeń. Cichutko podeszła do miejsca, gdzie widać
Uf, Gabriel lekko wypuścił powietrze z płuc. Pudło!
Matka jeszcze chwilę lustrowała pomieszczenie, potem uśmiechając się, lekko wzruszyła ramionami i wyszła. Teraz kroki powoli się od niego oddalały, a gdy znów usłyszał je na schodach, wrócił na fotel i ponownie zwinął się w kłębek. Nie wiedział dlaczego, ale dziś czuł się jakoś dziwnie, jakoś inaczej, niż w każde swoje urodziny. Emocje, które tłukły się w jego sercu, jak dziki ptak złapany w klatkę, spowodowały, że wyczuwał wszystkie drgania powietrza w pokoju. Czując jakieś rozdrażnienie, ostrym ruchem nogi kopnął w podnóżek przy fotelu, który przeleciał przez pokój obijając się o ścianę z portretem. Spojrzał na obraz dziadka na ścianie i już miał pomyśleć, co dziadek by na to powiedział, gdy jego uwagę od tych myśli, odciągnął jakiś cichutki zgrzyt i potem szmer, bardzo długi ciszy szmer, jakby ktoś przesuwał się wzdłuż ściany. Serce Gaba zaczęło tłuc jak oszalałe, miał wrażenie że słychać jego bicie w całym pokoju. Wsłuchując się w głośny dźwięk bicia własnego serca, zapomniał o tym drugim dziwnym szmerze. Szybkim ruchem wstał i zaświecił światło, blask objął cały pokój, pusty pokój.
– Widzisz dziadku co dziś się ze mną dzieje? – powiedział głośno zły na siebie za strach, zły na dziadka, na tatę, nawet na mamę i na cały świat za tą sytuację – A Ty nie wróciłeś, od tak dawna Ciebie nie ma i ciągle nie wrócił tata. Dziś, w ten dzień, jakoś bardziej mi Was brakuje i mama dziś taka smutna.
Zamyślił się, bo przecież nie ma się co dziwić, że taka była, w końcu świętowała dziś urodziny nie tylko moje, ale i swojego męża, i teścia, pomyślał. Wcześniej jakoś nie zauważał jej wymuszonego uśmiechu w ten dzień, tego smutku, żalu i łez w oczach, szybko wycieranych ręką, gdy na nią spojrzał. To co dziś odkrył trochę go irytowało, chciał aby cieszyła się z jego święta. I nagle, dopiero w tej chwili uświadomił sobie jaki musiała czuć ból w sercu tego dnia. Zrobiło mu się jeszcze bardziej smutno i poczuł jakieś takie rozdrażnienie. Jednakże to nie tylko ukrywane łzy przez matkę wywołały taki dziwny stan. Tylko, że on nie wiedział co się dziś zmieniło, że tak dziwnie się czuł.
– Ale mam mamę i jestem znów starszy o rok, wiesz, chodzę już do Liceum dziadku, więc poradzę sobie, muszę – powiedział Gabriel do portretu, aby dodać sobie animuszu.
Jednak dziwne uczucie, takie jeżenia się włosków na karku, zostało. Nastolatek miał wrażenie że wystarczy się odwrócić, aby zobaczyć co ten dziwny szmer wywołało, albo kto. Stał pośrodku pokoju rozmyślając. W głowie zakotłowała się myśl, że dawno temu , jak był mały, jego tato opowiadał o jakimś szmerze, który można było usłyszeć gdy jest ciemno w saloniku dziadka. Gdy się stoi bez ruchu, bez jednego drgnięcia i wtedy kątem oka, w „maluteńkim ułamku spojrzenia” słysząc szmer, można dostrzec to coś, a może kogoś!
Ciągle rozdygotany, od własnych myśli oraz tego co niedawno usłyszał, postanowił jednak pójść już spać do swojego pokoju. Mimo zmęczenia długo leżał patrząc w sufit rozmyślając o tym szmerze, który usłyszał, próbując zrozumieć, co to mogło być. Niby taki lekki szmer, nic takiego, ale zakorzeniło się w jego głowie na dobre.
– No nic, zbadam to – powiedział na głos jak postanowienie.
Ranek obudził go piękny i słoneczny, było tak jasno, że wczorajsze odgłosy w ciemnym pokoju dziadka wydawały się nierzeczywiste. Wstał trochę późno, dlatego nie zastanawiając się więcej nad tym co wczoraj usłyszał, poszedł do kuchni na śniadanie.
– Dzień dobry Synku, chcesz jajko na twardo czy na miękko? – spytała mama
Dla niego było obojętne, bo nie była dobą kucharką i nigdy nie wiedział jakie jajko dostanie.
– Dzień dobry Mamo, na twardo poproszę.
W szkole nauczyciele składali mu życzenia, był dobrym uczniem, a przez pracę rodziców znał ich wszystkich bliżej, niż tylko jako relacja uczeń – nauczyciel. Wolałby, gdyby nie zwracali na niego uwagę, bo przez to koledzy jeszcze bardziej dokuczali mu od prymusów. Lubił naukę, a przede wszystkim książki. W nich można było wyczytać wszystko, dlatego postanowił pobuszować w bibliotece, może znajdzie jakąś książkę opisującą podobne zdarzenia. Coś mu „mówiło”, że to co się wydarzyło to nie strach, jego wyobraźnia, ale coś bardzo ważnego. Czuł takie dziwne uczucie w dołku, takie o jakim mówił dziadek. Po wejściu do biblioteki od razu zauważył dziewczynę, która w tamtym tygodniu przyszła do szkoły. Wiedział, że ma na imię Anna, jest w równoległej klasie, ma najcudowniejszy uśmiech na świecie, śmieje się nawet ładniej niż jego matka i że on stoi jak słup soli w drzwiach w nią wpatrzony. Aż się zaczerwienił na myśl, że ona mogłaby go teraz zobaczyć, dlatego odwrócił się pospiesznie, wybiegł z pomieszczenia zanim go zauważy i wrócił do klasy. Lekcje zleciały mu szybko, był nieuważny, a w głowie co trochę kołatała się myśl o tym co wydarzyło się wczoraj. Wracając do domu zdecydował, że o dwudziestej pierwszej znów pójdzie do saloniku i usiądzie cichutko w półmroku w fotelu . Gabriel nie wiedział, dlaczego ta godzina jest „magiczna” ale tak zawsze o niej mówił dziadek .
– Wróciłem – zawołał do mamy, wchodząc do domu.
– Dobrze, kochanie – odkrzyknęła matka – ja muszę właśnie wyjść, ale przygotowałam ci obiad, umyj ręce i możesz sobie nabrać.
– Dobrze mamo, dziękuję – odkrzyknął.
Gdy mama wyszła nałożył sobie obiad na talerz i poszedł do jadalni. Czas mu się bardzo dłużył, szczególnie, że na niczym nie mógł się skupić. Przed wybiciem godziny dwudziestej pierwszej, wielkiego zegara w holu, już wielkimi susami wbiegał po schodach do saloniku. Nie zasłonił kotar, aby móc więcej widzieć, ale nie zaświecił światła, by nie odstraszyć wczorajszego intruza. Siedział cichutko, cichutko i nic… Zegar na dole już dawno wybił dwudziestą pierwsza. Postanowił posiedzieć dłużej, przecież takie „stwory” mogą nie znać się na zegarku, a ta godzina mogła być tylko ulubioną godziną dziadka, pomyślał.
– Czemu siedzisz po ciemku Gabrysiu – spytała matka wchodząc i zaświecając światło.
Nawet gdyby to coś, lub ktoś miało przyjść, teraz już było za późno. Blask z żyrandola rozświetlił pokój i nie było w nim nic nierzeczywistego. Gabriel zaczął poważnie zastanawiać się, czy to nie były jego wymysły, czy usłyszał to wszystko naprawdę, a tata? Może go tylko straszył bajkami usłyszanymi jako dziecko. Czy opowieść przenoszona z ust do ust może być prawdziwa? W innej rodzinie pewnie nie, pomyślał, jednak w jego, cóż w jego rodzinie zawsze było inaczej.
Następne kilka dni przebiegły tak jak zawsze, dom, szkoła, wypad z kolegami do kina, czy na miasto. Relacje z kolegami nie były jego dobra stroną, więc często starał się ich unikać. Teraz jednak robił wszystko aby zająć jakoś czas, by o tamtym, co wydawało mu się, że usłyszał w gabinecie dziadka nie myśleć. Jednak w sobotę wieczorem, gdy przechodził obok, był pewien, że znów słyszał te odgłosy: zgrzyt, szmer, ale teraz doszło takie lekkie skrobanie, jakby ktoś stał przy ścianie i leciutko, niecierpliwie skrobał po niej paznokciem.
Gabriel szybko zbiegł po schodach do swojego pokoju.
– To chyba jakieś żarty – powiedział do siebie na głos.
Przez te dźwięki, które siedziały mu cały czas w głowie, nie zauważył jak szybko zleciały mu godziny. |Zrobiło się niedzielne popołudnie. Jedyne o czym mógł myśleć, to o tych odgłosach, a szczególnie o skrobaniu, jakby ktoś czy coś stało tam i czekało na niego. Dziś wieczorem będę siedział i czekał tak długo, aż to coś wyjdzie, postanowił. Uzbrojony w latarkę, wielkimi susami pokonał schody, wbiegł do saloniku, rozłożył się w fotelu i czekał. Zegar na dole wybił odpowiednią godzinę. Gabriel trzymał w zaciśniętej ręce latarkę .
Gdy za plecami usłyszał zgrzyt i szmer szybkim ruchem odwrócił się i zaświecił snopem światła w miejsce odgłosu, na ścianie została tylko poświata tego co tam było. Zrobiło się bardzo cicho. Latarka w dłoni Gabriela dygotała razem z całym jego ciałem, a na ścianie tańczyły cieni przedmiotów, które stanęły światłu na drodze. Przez głowę chłopca zaczęły przelatywać myśli, dziadek i pokój, w którym czas się zatrzymał, chyba jeszcze przed jego narodzinami, te wielkie grube zasłony, które przesłaniały światło, nawet z najsłoneczniejszy wieczór lata i ta obsesja dziadka na godzinie dwudziestej pierwszej. Nastolatek zaczął potrząsać głową z niedowierzaniem, że to co właśnie pomyślał mogło być prawdziwe, bo to by oznaczało, że w tym domu, jego domu, w tym pokoju, pokoju dziadka coś albo ktoś „jest”.
– Gabryś, co robisz? – z odrętwienia wyrwał go głos matki.
Latarka wypadła mu z brzękiem z dłoni i zgasła. Matka spokojnie podeszła do chłopca, podniosła ją i zaświeciła. Na ścianie znów rozpoczął się taniec cieni z przedmiotów o które zahaczało światło.
– Pamiętasz jak dziadek godzinami „bawił się” w ten taniec cieni na ścianie? – spytała.
– Teodor w duszy zawsze był małym chłopcem i nigdy z tego nie wyrósł – wspomniała
– Teodorze, gdzie teraz jesteś? – zadała pytanie jakby do siebie
Stali tak razem przez chwilę przyglądając się temu co działo się na ścianie. Jednak myśli obojgu podążały w innych kierunkach. Kobieta przypominała sobie gdy, nie raz zastała Teodora na takiej właśnie zabawie, jak małego chłopca. Natomiast myśli Gabriela biegły w całkiem innym kierunku, że to co się wydarzyło, a właściwie to co się nie wydarzyło, było naprawdę, że to co stworzyło przez ułamek sekundy poświatę na ścianie istnieje, mimo że pokój był pusty. Matka zaświeciła światło w pokoju i zaczęła się po nim krzątać, dając tym samym czas chłopcu, aby jeszcze raz omiótł cały pokój wzrokiem. Wszystko, poza rzeczami, które sprzątając poprawiała, stało na swoim miejscu. Nic się nie zmieniło, salonik dziadka był taki jak zawsze, jak chyba od stu lat. Jakby czas stał w miejscu i właśnie ta myśl nie dawała mu spokoju. Cały dom już dawno został wyremontowany w nowoczesnym stylu, dziadek jednak zawsze, dziwnie się upierał, że cały budynek należy do rodziców Gabriela i mogą zrobić z nim co chcą, poza tym kawałkiem, tym pokojem. To nawet nie był pokój, tylko jakby oddzielona wąskim korytarzykiem reszta piętra połączona w wielkie pomieszczenie, pieszczotliwie i chyba z przekąsem co do wielkości nazywana przez dziadka salonikiem, a przez jego matkę z uporem, może wywołanym „czasem” oraz nastrojem, jaki tu panował, gabinetem.
– Zostawmy te wspomnienia i chodźmy już spaś – zwróciła się kobieta do chłopca, gasząc światło.
Gab wyszedł za nią z pokoju i zszedł na dół po schodach idąc do swojego pokoju. Wszystkie ruchy wykonywał machinalnie, jakby głowa i ciało nie bardzo ze sobą współpracowały. Położył się w mięciutkiej pościeli, założył ręce pod głowę i na chwile odpłyną odczuwając spokój w dobrze znanym sobie miejscu. Jego pokój był zwyczajny, jak pokój każdego nastolatka, łózko do spania, szafa, półki, regał na książki i pozostałości zabawek z dzieciństwa, biurko, krzesło, wygodny fotel, przy którym zawsze upierał się jego ojciec
– Fotel to mus, gdzie będę siedział wygodnie – mawiał Tadeusz – kiedy będę ci czytać książki?
Wszystko było takie typowe, jak u innych ludzi, takie rzeczywiste i „ubrane” w odpowiednie ramy czasowe i ten oderwany od nich salonik na górze, jakby z innego świata. Jak był dzieckiem, to zakradał się do niego razem z kolegami i bawili się wtedy w „stare czasy”, zakładali binokle, fraki i kapelusze, które jeszcze teraz tam można było znaleźć i prowadzili poważne dysputy przy wielkim, starym stole. Albo ubierali skórzane kamizelki dziadka wkładali do ust fajki i udawali, że wybierają się na safari.
– Tak, w tamtym pokoju czas stoi w miejscu, jakby się zatrzymał – powiedział głośno Gabriel
– A tutaj biegnie dalej, coś musi w tym być – zaczął dumać, ciekawość nastolatka brała górę – to jakby teraźniejszość i przeszłość razem uwięzione w jednym domu, musze tą zagadkę rozwikłać.
Oczy Gaba kleiły się, chłopiec czując się bezpieczny, zasnął.
Natomiast na górze w salonie nie było pusto, wciśnięte w róg ściany, w najdalszym mroku pokoju coś drgnęło i jakby wysunęło się z niej. To co wystraszyło się światła latarki nie odeszło, tylko ukryło się przed ludzkim wzrokiem. Teraz stało tam samotne i wystraszone, można by powiedzieć, że oddychało z przejęciem, że równie mocno się bało, jak wcześniej chłopiec, ale wiedziało, że nie ma wyjścia, że to jego przeznaczenie, karma, powinność, że po prostu tak musi być.
Poniedziałkowy poranek obudził Gabriela kapryśna pogodą. Słońce bardzo nieśmiało wychylało się zza chmur, a z nieba leciał drobniutki kapuśniaczek. W taka pogodę postanowił do szkoły pojechać autobusem. Droga do szkoły nie była długa, ot parę kilometrów, dlatego często jeździł rowerem. Były też dni w które lubił pójść pieszo, przyglądać się zmianom, jak rośnie jego miasto, jak zmieniają się ulice. Jako mały chłopiec, biegał tymi uliczkami znając w końcu każdy kamyk w chodniku. Teraz co rusz widział nowe domy. W całym mieście widać było dużo zmian, budynki były coraz nowsze i okazalsze, trochę było to smutne, gdyż traciło smaczek przytulnego, prowincjonalnego miasteczka. Zamieniało się w nowoczesną aglomerację, tak odmienną od tej którą pamiętał z dzieciństwa. Pierwszą lekcją była matematyka, Gabriel siedział w trzeciej ławce od okna, co chwilę to obserwując ptaszka otrzepującego się z kropli deszczu, to spływające „łzy” deszczu po szybie, to nauczyciela. Dziś i tak do głowy mu nic nie wchodziło.
– To ostatnio mój permanentny stan – zaśmiał się sam do siebie.
Następną lekcją był język polski, wchodząc do klasy po przerwie, chłopak o mało się nie potknął, w drugiej ławce od okna, przed jego miejscem siedziała ta dziewczyna, Anna. Gabriel usiadł na swoim miejscu bardzo niezdarnie, zahaczając krzesłem kolegę
– Gab, uważaj! – zwrócił mu uwagę Krzyś.
– Ci, możesz być ciszej? – powiedział do niego Gabriel. Nie chciał aby Ania się odwróciła
– Coś ty dziś taki drażliwy? – ofukną go kolega.
Na szczęście w tej samej chwili do klasy wszedł nauczyciel przerywając dopytywania Krzyśka i po chwili zaczął sprawdzać obecność. Był to czas kiedy Gab mógł spokojnie przyglądać się kucykowi Ani, bo do jego litery w alfabecie było daleko. Kucyk Ani miotał się w prawo i w lewo z każdym ruchu głowy, chłopiec zapatrzył się .
– Krzysztof Tymoń ? – wymieniał nauczyciel
– Obecny.
– Gabryś Zapolski?
Krzyś trącił chłopca w ramię.
– Obecny – odpowiedział Gab zmieszanym głosem.
Wtedy dziewczyna z przedniej ławki odwróciła się i powiedziała do nich cichutko.
– Cześć, jestem Ania, rodzice przenieśli mnie do waszej kasy, teraz będziemy mogli razem chodzić do szkoły Krzysiu, przeprowadziliśmy się z rodzicami blisko ciebie.
– Proszę o ciszę ! – zwrócił uwagę nauczyciel
Zrobił to w dobrym momencie, bo Gab już chciał krzyknąć jak to, dlaczego obok niego, dlaczego nie obok mnie, jednak uspokoiwszy się uwagą nauczyciela powiedział tylko cichutko.
– To dobry pomysł, ja często przychodzę po Krzyśka, wtedy będziemy mogli iść razem.
Krzysztof podniósł brwi i posłał mu długie wymowne spojrzenie z niemym zapytaniem „kiedy on przyszedł po niego do szkoły? Przecież nie ma do niego po drodze”. Gabriel równie wymownie odpowiedział wzrokiem i szepnął
– Później Ci wytłumaczę.
Reszta lekcji przeleciała mu niezauważalnie, szczególnie że większość uwagi skupiał na kucyku Ani. Do domu również wracał autobusem, z tą różnicą, że tym razem najpierw pojechali linią w pobliże domów Krzyśka i Ani, a dopiero potem Gabriel wsiadł do swojego.
– Jestem – zawołał w drzwiach.
– Co tak późno? – Spytała mama – obiad ci przestygł.
– Autobus mi uciekł – powiedział – pojechałem autobusem, bo dalej pada.
Nie mógł przecież powiedzieć „Mamo, spotkałem miłość swojego życia, a ona mieszka koło Krzyśka, tak tego Krzyśka i teraz będę nadrabiał drogę do szkoły, bo najpierw będę jechał po Krzyśka, aby razem z nim pójść po Anię, aby następnie w trójkę pojechać do szkoły. Tak, tak teraz mamo będzie!” A zamiast tego, zagłuszając burczenie w brzuchu i powiedział.
-Nie jestem głodny, po drodze kupiliśmy z Krzyśkiem bułkę. Pójdę do swojego pokoju.
Czuł okropne ssanie w żołądku z głodu, ale nie przełknął by teraz obiadu siedząc przy stole z mamą, gdy ona patrzyła by na niego tym swoim dopytującym, a jednocześnie wszystko wiedzącym wzrokiem.
Kolejne dni przeleciały Gabrielowi bardzo szybko. Codziennie wstawał teraz trochę wcześniej, gdyż musiał pojechać autobusem po Krzyśka, z nim szli po Anie i w trójkę jechali następnym autobusem do szkoły. Droga powrotna wyglądała tak samo, autobusem pod domy Krzysia i Ani, żegnał się i jechał swoim autobusem do domu. Codziennie wychodził wcześniej i wracał później niż przedtem. Nie chciał jeszcze nic mówić mamie, bał się jej reakcji, dlatego powiedział jej, że zmienił się rozkład jazdy autobusów. Mama mu uwierzyła, bo wcześniej jej nie okłamywał, do tego na uczelnię jeździła samochodem, więc nie miała okazji tego sprawdzić. W środę byli razem w trójkę w kinie. Anna siedziała między nim a Krzyśkiem. Film „Wojna Światów” był chyba bardzo ciekawy, ale Gabriel nie za bardzo śledził jego wątek. Mimo, że od dłuższego czasu spędzali razem dużo czasu również poza szkołą, to Ania nie okazywała większego zainteresowania nim czy kolegą, przyjaźnili się razem, byli jak Trzej Muszkieterowie, gdzie jeden był dziewczyną. Jednak w młodym sercu chłopaka już od pierwszej chwili, gdy zobaczył ją zawiązującą tenisówek na schodku szkoły, odchylającą ruchem głowy opadający kucyk, do dziś, Ania nie była tylko koleżanką. Nie potrafił jeszcze tego nazwać, ale chyba każdy piętnastolatek tego nie umie. Wiedział tylko, że jest dla niego bardzo ważna, że gdy jej dotknie lub ona spojrzy na niego, serce trzepocze jak flaga na ostrym wietrze” i, że najbardziej pragnie aby tak zostało. Przez te dni nie myślał o tym co się wydarzyło w saloniku dziadka, nawet tam nie był. Całkowicie zaprzątnięty swoim rzeczywistym , młodzieńczym życiem. W sobotę byli razem w trójkę na rowerach. Wypad na polankę udał się im bardzo dobrze. Śmiali się i przekomarzali zjadając, oparci o rowery, jabłka, które przezornie wzięła ze sobą Ania. Niedzielny dzień spędził snując się po domu. Wieczorem, natomiast czując wyrzuty, że już tak długo nie zachodził do saloniku i nie opowiadał dziadkowi jak kiedyś, co mu się przytrafiło, wolnym krokiem po schodach udał się do jego pokoju. Usiał wygodnie w wielkim fotelu, opierając nogi na podnóżku i zaczął opowiadać po kolei cały swój tydzień. Opowieść o szkole, Ani, tym dziwnym uczuciu, autobusach, kinie i rowerach, wypływała z jego ust jak wielki potok, mówił i mówił. Półmrok objął pokój, a Gabriel dalej relacjonował do portretu, kawałek po kawałku swojego młodzieńczego życia. Bardzo mu brakowało tego, że dziadka z nim nie było. Mama to mama, nie bardzo chciał jej opowiadać o pierwszym zauroczeniu, ale dziadek, tak to byłby dobry słuchacz i na pewno mógłby mu wiele doradzić. Zaaferowany „rozmową” z dziadkiem nie zauważył, ze minęła odpowiednia godzina. Dopiero znany mu cichutki zgrzyt, szmer i potem długi ciszy szmer wyrwał go z odrętwienia. Chłopak skulił się w fotelu, chcąc stać się bardzo malutki, a nawet niewidzialny, natomiast szeroko otwartymi oczyma zaczął lustrować całą przestrzeń. Starał się zobaczyć co jest w każdym ciemnym kącie pokoju. Jednak nic nie widział. Było cicho. Nastolatek znów przekonywał sam siebie, że to jego wyobraźnia, że „strach ma wielkie oczy” jak jego teraz. Jednak lekkie skrobanie w ścianę, usłyszane już kiedyś wcześniej, zmusiło go, aby stwierdzić, że w pokoju ktoś jest. I to – KTOŚ, nie może tego nazwać „cosiem”. To, że ta istota wydawała odgłosy skrobania, takiego zniecierpliwionego skrobania, zmusiło go do „spojrzenia prawdzie w oczy”. NIE JEST W POKOJU SAM! Oddech stracił rytm, z trudem łapał powietrze, a serce tłukło jak oszalałe. Gdyby nie strach zerwał by się na równe nogi i zbiegł do swojego pokoju, aby się tam ukryć. Zamiast tego jeszcze bardziej wcisnął się w fotel, starając się być niewidzialnym. Wiedział, że ta istota wie, że on tu jest. Czuł między nimi jakąś więź, choć nie rozumiał dlaczego. Jednocześnie czuł, że „serce” tej istoty tak samo mocno bije, tak samo się tłucze, jak jego własne, że „oddech” tej istoty, jeśli tak go można nazwać, jest tak samo nierówny, jak jego. Wyczuł strach w tej istocie, taki sam jak swój. Wtedy zrozumiał, że ona też się boi, że „stoi” oparta o ścianę, skryta w ciemności i tak jak on bał się ruszyć z fotela, tak ona wciśnięta w ścianę, też nie zrobi ruchu. To powinno mu pomóc nabrać odwagi. ONO SIĘ BOI! Jednak ta myśl wywołała w Gabrielu odmienne uczuć. Zerwał się z fotela i przewracając podnóżek wybiegł jak oszalały z saloniku dziadka.
– Nigdy więcej, nigdy więcej tam nie pójdę, już nigdy nie wejdę do tego pokoju – powtarzał sobie zbiegając po schodach – już nigdy!
Wbiegł do swojego pokoju z hukiem zamykając drzwi i schował się pod kołdrą, jak dziecko.
– Gabryś, to ty?- lekko sennym głosem zawołała mama.
Słyszał jej kroki w korytarzyku i otwieranie drzwi do jego pokoju.
– Gabrielu? Czemu biegasz po holu? Czy coś się stało? – spytała.
– Nie, nic – odpowiedział – poczułem się bardzo zmęczony i dlatego pobiegłem, aby się już położyć.
Wytłumaczenie było trochę dziwne, ale akurat nic innego nie przyszło mu do głowy. Tak, jak się spodziewał, mama weszła cichutko do pokoju zatroskana jego zachowaniem, oraz nieadekwatną odpowiedzią, chwilę się przyglądała, następnie odgarnęła mu kołdrę z głowy i jak zawsze od kiedy pamiętał, pocałowała go w czoło.
– Dobranoc – powiedziała szeptem i wyszła.
Chłopiec nie dziwił się, że była wobec niego tak nadopiekuńcza, jej reakcja była całkiem naturalna. Przypuszczalnie każdy, w takich okolicznościach, gdyby najpierw stracił teścia, a następnie po pięciu latach męża, zachowywał by się co najmniej podobnie. Młodzieniec dużo rzeczy przed nią ukrywał, nie chciał jeszcze większej kontroli nad jego życiem. Nikt też, kto znał choć cząstkę historii jego rodziny, nie dziwił się, że Gabriel wyrósł na trochę infantylnego, zamkniętego w sobie i nieśmiałego nastolatka. Bo historia jego rodziny była, co tu rzec, trochę niesamowita. Jak opowiadał ją obcym, każdy patrzył na niego z niedowierzaniem i lekkim uśmieszkiem, natomiast mieszkańcy jego miasteczka patrzyli na niego jakoś dziwnie, oraz jakby z litością, czego chyba jeszcze bardziej nie lubił. Przed wielu laty, jeszcze przed jego narodzinami, zniknął jego pradziadek. Natomiast do dziś pamięta podniesione głosy, które można było usłyszeć z gabinetu dziadka i zamykanie drzwi, jak tylko się do nich zbliżał. Był jeszcze mały, ale atmosfera tych rozmów zapadła mu w pamięć mimo wieku.
-Nie możesz tego zrobić – krzyczał jego tata – nigdy Ci na to nie pozwolę!
– Synu, zrozum to mój ojciec, nie mogę tego tak zostawić, muszę coś zrobić, spróbować to odszukać, spróbować go odnaleźć, też byś to dla mnie zrobił.
– Nie teraz, może za rok? Masz nas, mnie, Basię, Gabrysia, on jest jeszcze taki mały.
– Wiesz synu, że nie mogę już czekać, nie wiadomo czy wtedy nie będzie trzeba czekać następnych pięć lat, ja już tak nie mogę, muszę to zrobić jutro. Ty nie zostaniesz tu sam, mówisz, że masz ich. Może się jeszcze kiedyś zobaczymy, liczę że uda mi się wrócić, może z twoim dziadkiem.
Następnego dnia, pod koniec imprezy urodzinowej, przed tą „magiczną godziną” dziadek poszedł do swojego pokoju, a rano kiedy Gabriel się obudził, dziadka nie było, w domu panowała taka dziwna cisza. Rodzice siedzieli smutni w swoim salonie przytuleni do siebie, mama cichutko płakała.Gdy minęło pięć lat, Gab przechodząc obok pokoju dziadka znów usłyszał podobna rozmowę i zamykanie drzwi.
– Nie możesz tego zrobić Tadeuszu – łkała matka – Gabryś jest jeszcze mały, potrzebuje ojca, nie możesz mnie zostawić samą.
– Basiu, zrozum to mój ojciec, to przeze mnie przeszedł tak późno, może gdyby przeszedł wcześniej, wrócili by tu razem. Basiu, wybacz nie mogę, wiesz, że jutro jest jedyna szansa, ja nie umiem tak jak oni, muszę to zrobić jutro.
I mimo, że z głośników gramofonu konsolowego wesoło pobrzmiewała piosenka „If I Knew You Were Comin’ I’d’ve Baked a Cake” Eileen Barton, to impreza urodzinowa, którą obchodzili następnego dnia była smutna, mama siliła się, aby Gabriel nie odczuł tego, bo było to jego święto, uśmiechała się smutno do taty chłopca, gdyż on też obchodził urodziny, chciała aby wspominał ten dzień miło. Tata pił toast z wujkami za dziadka i pradziadka nastolatka, z okazji ich narodzin. W familii chłopca od jakiegoś czasu każdy męski potomek rodził się tego samego dnia. Natomiast rano w salonie rodziców, gdy w tle cicho grało Radio Luxemburg, mama siedziała sama skulona na sofie i cicho popłakiwała, taty nie było. Po zaginięciach dziadków i taty, ludzie szeptali, że to bardzo dziwne, że mężczyźni w ich rodzinie wyjeżdżają i nie wracają, że może to jest jakaś klątwa, która ciąży na męskich potomkach, a może na całej rodzinie, a może tak naprawdę nie wyjechali…. i tu słowa się urywały, gdy Gab przechodził obok rozmówców. Ogólnie całe miasteczko szeptało o nich po katach. Mama Gabriela starała się tego nie słuchać i nie reagować. Nigdy nie rozmawiała z nim o tym co usłyszał wtedy i wcześniej pod drzwiami gabinetu dziadka, gdy parę razy spytał, skrzyczała go mocno. Długo to pamiętał. Ale nadszedł chyba czas aby z nią o tym porozmawiać, czuł, że ona może mu dużo powiedzieć o tym „kimś” ukrytym w saloniku.
Perspektywa odbierania rzeczywistości świata przez Gabriela zmieniła się. To co wcześniej było dla niego stałe i pewne, teraz stało się niewiadomą. Wszystko co dotyczyło jego rodziny, co kiedyś docierało do niego, jako do małego chłopca i to co docierało do niego teraz, zmusiło go do stwierdzenia, że wszystko jest inne i nierzeczywiste, że istnieją jakby dwa światy. Ten zwyczajny, w którym jest nastoletnim chłopcem i ten drugi, o którym jeszcze prawie nic nie wiedział, ale który jakby „dopominał się” o niego. Jako dziecko słyszał parę razy w domu rozmowy, że na jego rodzinie ciąży jakaś klątwa, że jego rodzina jest jakby „strażnikami” między jakimiś dwoma światami. Ale traktował to zawsze jako bajki, które przed zaśnięciem opowiadali mu dorośli. Teraz zaczął sobie zdawać sprawę, że może nie chodziło o to aby zasnął, ale o to aby w jego umyśle zakorzeniły się te informacje, aby kiedyś, czyli teraz, to wszystko co się wokoło niego działo łatwiej mu było przetworzyć i zrozumieć.
– Czyli co? Jestem nawiedzony? Przyjdzie do mnie duszek Kacperek i powie „ Chodź ze mną”! – na głos rozmyślał Gabriel – a może mam jakieś moce, może mojego pradziadka ugryzł pająk i przekazał to nam, a potem sam zamienił się w pająka i utkał pajęczynę. To by miało nawet sens, to szmeranie w ścianie przez pradziadka i skrobanie wielkimi odnóżami – zaśmiał się – A może każdy męski potomek jego rodziny przechodzi taka metamorfozę. Może oni wszyscy zamienili się w pająki i skrobia w swoich „norkach”?
I wtedy poczuł, że tak naprawdę, to wszystko nie jest takie śmieszne, że przestało być wesołe, i że nawet, jak będzie tak bardzo starał się drwić z tego, to perspektywa zrozumienia tego, go nie ominie. Dlatego postanowił, że musi porozmawiać z matką.
Po jej powrocie z pracy i jego ze szkoły, zjedli razem obiad. Potem mama nastawiła wodę, przygotowała filiżankę i nasypała do niej kawę. Wzięła gazetę i poszła do salonu, włączyła radio, wyszukała stację „Radio Wolna Europa”. Wróciła do kuchni i zalała kawę. To jest wyśmienity moment na rozmowę, pomyślał Gabriel.
– Mamo zrobisz mi herbatę? – zapytał – Posiedzę trochę z tobą, tak dawno nie spędzaliśmy w ten sposób razem czasu – będzie musiał użyć jakiegoś fortelu aby nakłonić ja do rozmowy.
– Bardzo dobry pomysł – powiedziała mama, ona tez wiedziała, że nadszedł czas, aby pewne rzeczy, te o których wie, przekazać synowi.
Barbara przygotowała jeszcze herbatę dla syna, postawiła na stoliku kawowym obok filiżanki z kawą, cukru i mleka, następnie przyniosła paczkę czekoladowych herbatników i usiadła na sofie obok Gabriela.
– Posłodzisz nam synku ?- spytała – I nie zapomnij o odrobinie mleka do kawy – powiedziała biorąc ciastko.
Gabrielowi trochę trzęsły się ręce, czuł się lekko podenerwowany, gdyż nie wiedział jak zareaguje mama, gdy zada jej te pytania. Rozmawiali o szkole, o pracy, już prawie miał jej nawet opowiedzieć o Ani, aby tylko rozmowę o tym co się ostatnio dzieje odłożyć na przyszłość, kiedy te rozmyślania przerwała mu mama.
– Gabryś musimy porozmawiać, na pewno wiesz, że zawsze starałam się zniechęcić Ciebie do przesiadywania w gabinecie dziadka. Bardzo jego kochałam, był dobrym człowiekiem, w swojej rodzinie przyjął mnie bardzo dobrze i to nie niechęć do niego mnie do tego skłaniała, tylko strach o Ciebie. – powiedziała – Jeszcze zanim poznałam twojego tatę, w tej rodzinie się coś wydarzyło. Twoja praprababcia poród przechodziła bardzo ciężko, to były inne czasy, medycyna nie była tak rozwinięta. Rodziła w teraźniejszym gabinecie dziadka, ona i twój prapradziadek bardzo się kochali, to było ich pierworodne dziecko. Akuszerka nie dawała sobie rady z porodem, praprababcia bardzo krzyczała z bólu, a jej mąż, twój prapradziadek, siedział zwinięty na podłodze w kącie pokoju i głośno „wył” przeklinając ze strachu o żonę i dziecko. To wszystko było bardzo straszne. – mówiła – Wydawało się, że jakby te wszystkie krzyki i płacze odbijały się w ścianie, jakby za nią działo się to samo i w jednej chwili to wszystko ucichło i usłyszeli płacz dziecka, które się urodziło. Twoja praprababcia też przeżyła, maleństwo urodziło się zdrowe. Twój prapradziadek majaczył coś o tym, że ktoś go dotknął i powiedział mu, że „ Losy naszych dzieci będą na zawsze ze sobą sprzężone, w ten sposób ocalimy je, ale łączymy je w jedną całość, losy naszych przyszłych pokoleń też zostaną połączone na zawsze. czy tego chcesz? Ocalimy nasze dzieci, ale tej więzi nic już nie rozdzieli„. Prapradziadek powiedział, że mają nadać jego synowi imię Teofil. Od tamtego czasu jak wiesz, synowie w tej rodzinie, rodzą się zawsze tego samego dnia i zawsze dostają imię na literę „T” , to jest „Ich” jakiś święty znak, „Pieczę” jak to nazywają, jakaś moc, która otwiera Portal . Mężczyźni, każdy w danym pokoleniu, z imieniem na „T” stają się „strażnikami” między tymi dwoma światami. Mają za zadanie pilnować, aby te światy się równoważyły, aby nic tego nie zachwiało. Jednak coś się wydarzyło i Teofil musiał przejść, aby pomoc utrzymać tą równowagę. – mówiła dalej – Niestety nie wrócił, potem przeszli twój dziadek i tata, aby go ratować. – jej głos podniósł się o oktawę – Ale ja nie pozwoliłam dać Ci takiego imienia, imienia na literę „T”, dostałeś imię „Gabriel”, dlatego nie musisz się bać, przerwałam ten krąg, już żaden mężczyzna z naszej rodziny nie przejdzie i nie zniknie. Tylko trzymaj się z daleka od gabinetu dziadka, słyszysz! To gdzieś tam jest to miejsce, przez które nasi kochani przeszli, Ty nie możesz, musisz zostać ze mną, nie pozwolę ci, słyszysz co mówię? – zaczęła płakać – Musisz mi to obiecać, że będziesz trzymać się od tego z daleka. Musisz!
– Dobrze mamo – powiedział Gabriel ochrypłym głosem.
Z jednej strony nie chciał tego obiecywać, bo ciekawość po usłyszanych od matki słowach, brała górę nad strachem, ale z drugiej strony nie miał wyboru. Jej opowieść, ale przede wszystkim jej łzy bardzo go poruszyły. To była jego matka, wiedział jak bardzo tęskni za mężem i teściem, jak bardzo jest samotna, jak bardzo go kocha i się o niego boi, nie mógł więc postąpić inaczej, po prostu musiał obiecać, te słowa wypłynęły same z siebie! Posiedzieli jeszcze chwilę razem, rozmawiając o różnych mniej ważnych rzeczach, jednak matka siedziała cały czas jakaś smutna i zamyślona, aby oderwać ją od tego o czym wcześniej mówiła postanowił opowiedzieć jej o Ani.
– Wiesz mamo, do nas do klasy doszła taka dziewczyna, ma na imię Anna, siedzi w klasie w ławce przede mną i mieszka blisko Krzyśka – opowiadał – wiesz, ona mi się podoba, ma śliczne długie włosy, takie trochę kasztanowe i nosi fajny kucyk. Teraz do szkoły jadę po Krzyśka i z nim idziemy po Anię, i jedziemy do szkoły, Zaprzyjaźniliśmy się w trójkę .
-Musisz ich kiedyś do nas zaprosić, może w tą niedzielę, chętnie ich poznam – powiedziała mama.
Przytuliła go i chwile leżeli tak razem zamyśleni. Gabriel był z mamą bardzo związany, dziadka pamiętał, ale to bardziej ten salonik z jego portretem i to, że coś go tam ciągnęło powodowało, że czuł się z nim tak dobrze. Tatę oczywiście pamiętał i wspominał wiele fajnych chwil spędzonych razem, nad stawem, na łowieniu ryb i „męskich pogaduchach”. Jednak tata dużo pracował na uczelni i dużo podróżował, więc więź między nim i matka była zawsze większa. Gdy dorastał potrzebę męskich wzorców czerpał z obecności w gabinecie i „rozmów” z portretem, był to dla niego jakby wzór mężczyzny do naśladowania, bardzo chciał być taki jak dziadek.
– Pójdę się już położyć spać – powiedział w końcu do matki
– Dobrze synku – opowiedziała, błądząc gdzie indziej myślami i odruchowo całując go w czoło.
Gabriel wiedział, że ma chwilę dla siebie, więc cichutko zamiast do swojego pokoju poszedł po schodach do góry i bardzo cicho, powoli wszedł do saloniku. Usiadł wygodnie w wielkim fotelu dziadka, oparł wygodnie nogi na podnóżku i zamyślił się.
-Trochę już więcej wiem o tobie dziadku – powiedział szeptem do portretu – o pradziadku, o tacie… , mama powiedziała, że mnie to ominęło bo daliście mi inne imię. Lubię swoje imię i nie chce go zmienić. Ale jeśli to wszystko mnie nie dotyczy, to dlaczego słyszę te różne rzeczy, czemu to czuję? Jeśli ja już nie jestem „strażnikiem”, to cała wasza trójka, jeżeli jeszcze gdzieś tam istniejecie, ugrzęzła w tym świecie na zawsze. – głośno rozmyślał – A jeśli potrzebujecie pomocy? Co jeśli ten świat tam mnie potrzebuje, a ja nie jestem już tym, czym miałem być? Może miałem was, ich uratować, ale nie mam tej mocy. Powiedziałem mamie, że nie będę próbował. Ona już jest taka samotna bez was. Ale co jeśli wy liczycie na mnie? Czemu to coś, ten ktoś do mnie przychodzi? Boje się dziadku, że zawiodę mamę, co będzie jeśli ja zniknę a ona zostanie sama, ale boje się że zawiodę was i „Ich”, nie wiem dlaczego, ale czuję jak mnie do tego „czegoś”, „kogoś” ciągnie, jakaś silna więź , jakbyśmy byli ze sobą związani, trochę jak w tej opowieści mamy o pradziadku. Co mam robić? – spytał.
Leżąc tak oparty na fotelu usłyszał, że docierają do niego te same odgłosy co wcześniej, ten sam cichutki zgrzyt i potem szmer, długi ciszy szmer, i zrozumiał, że nie jest jeszcze na to gotowy.
– Nie wiem czy mnie rozumiesz, ale ja nie mogę, to nie ja, szukasz kogoś innego – powiedział głośno, następnie zerwał się z fotela i nie oglądając się za siebie, nie sprawdzając czy „Go” tam zobaczy, czy to coś, czy ktoś tam jest, wybiegł z pokoju i uciekł do siebie aby się schronić w łóżku .
Istota została w pokoju sama.
