Gabriel otworzył oczy, to dziś, pomyślał, to naprawdę dziś. Chwilę zastanawiał się czy już ma wstać, w końcu przekręcił się na drugi bok i przymknął oczy z powrotem. W sumie nigdzie mu się nie spieszyło, do wieczora miał jeszcze dużo czasu, natomiast nie wiedział kiedy i czy w ogóle, znów zaśnie w swoim własnym łóżku. A więc postanowił jeszcze poleżeć, zbyt dużo myśli kłębiło mu się w głowie, pytań na które nie znał odpowiedzi. Przykrył głowę kołdrą aż po sam czubek, kiedyś to pomagało i czuł się bezpieczniej, jednak teraz już nie był małym chłopcem i sztuczka chyba przestała działać. Do pokoju cicho weszła mama.
– Śpisz Gabryś? Zrobiłam śniadanie, już prawie południe.
Gabriel odsłonił głowę i spojrzał na zegarek, rzeczywiście było już po jedenastej. Dawno nie spał tak długo, ale dziś to mu się należało, zaśmiał się w duchu.
– Już wstaje mamo – powiedział
– To jak będziesz głodny to przyjdź do ogrodu, jest już bardzo ciepło, szkoda siedzieć w domu.
– Dobrze mamo.
Mama zaproponowała, że weźmie dziś wolne aby spędzić z nim czas przed przejściem i wczoraj wydawało się, że to dobry pomysł. Lecz dziś miał coraz więcej obaw i rozterek, bał się, że nie da rady i rozklei się, lub co gorsza mama się rozklei. Dlatego ubierał się powoli, był trochę roztargniony. Sam nie wiedział jak ma się czuć. Bo nigdzie nie było recepty na to, jak ma się czuć człowiek, który za kilka godzin przejdzie do innego świata.
– Gabryś dzwonili z uniwersytetu, zachorowała koleżanka, muszę jednak pojechać do pracy, ale postaram się szybko wrócić, na stoliku w ogrodzie masz przygotowane kanapki i herbatę.
– Dobrze mamo, nie przejmuj się mną, poradzę sobie.
To była dla niego nawet wygodna sytuacja. Poczekał chwilkę aż usłyszy odjeżdżający samochód i poszedł do ogrodu, było już prawie południe więc czuł się głodny. Po zjedzeniu kanapek wyłożył się wygodnie na leżaku w cieniu. Podrzemał tak chwilkę, potem pokręcił się po domu, może to ostatni raz, pomyślał omiatając wzrokiem każdy kąt. W końcu wziął książkę z półki w swoim pokoju i wrócił do ogrodu. Na wszelki wypadek chyba lepiej będzie jak ją skończę czytać, pomyślał. Słyszał, że mama wróciła, długo krzątała się w domu zanim przyszła do ogrodu. Na stoliku położyła talerz z jedzeniem, była to bułka z kotletem mielonym, okrągłym i płaskim, z sałatą, serem, ogórkiem, cebulą, ketchupem, musztarda i majonezem w środku.
– Smacznego – powiedziała – koleżanka opowiedziała mi o czymś takim, prawdopodobnie młodzieży w USA bardzo smakuje, postanowiłam nam zrobić na dzisiaj, jedz i powiedz czy smaczne.
– „Niebo w gębie” mamo, pyszne, dziękuję bardzo. A co to za potrawa?
– To jest Cheeseburger, jest bardzo fajna historyjka na temat jej powstania, w 1924 roku, nastolatek Lionel Sternberger, jak dobrze pamiętam nazwisko, wrzucił plaster sera na hamburgera w swojej restauracji w Kalifornii, uznano to wtedy za przysmak i od tego momentu Cheeseburger króluje w Ameryce, pomyślałam, że może Ci zasmakuje i że będziemy pamiętać już zawsze tą chwilę kiedy pierwszy raz zjemy tą potrawę razem, może to będzie miły akcent do tego co będzie poź… aby nie pamiętać, że… – głos jej się załamał.
Chłopiec szybko skupił się na jedzeniu chessburgera, w końcu zaczął pomlaskiwać ze smakiem, widać było, że ta potrawa jego zdaniem się mamie bardzo udała. Barbara również jadła, a widok syna, który z takim apetytem zjadał to co mu podała, na chwile oderwał ją od tych drugich myśli.
Siedzieli w ogrodzie jeszcze długo, rozmawiając, milcząc, aż zrobił się wieczór, Gabriel zaczął niecierpliwie kręcić się na leżaku. Nie wiedział jak ma powiedzieć mamie, że już pora, że już by chciał przejść. Bał się jej rozpaczy, łez, bał się, że będzie go próbowała zatrzymać, ale w jego wieku, taka przygoda też bardzo pociągała chłopca. Może gdyby był starszy to nie ciągnęło by go z takim zapałem, aby przejść przez ten Portal. Tak, chciał pomóc Murkom, jeśli tego potrzebowali, tak, chciał uratować tatę i przeprowadzić go z powrotem tu do jego świata. Tak, to wszystko było na tak, ale musiał przyznać sam przed sobą, że sama przygoda, to że ma przejść do innego, nieznanego mu świata, bardzo go korciła. Chyba Teodozjusz miał rację wspominając, że „przygodę ma we krwi”, że jak dziadka, odkrywanie nowego bardzo go nęci. To kłucie w żołądku z niecierpliwości z jaką zaczął czekać na ten moment, uzmysłowiło mu, że przede wszystkim jest żądny tej przygody tak po prostu, po chłopięcemu. Bo ilu chłopców w jego wieku ma taką możliwość. Zobaczyć świat w innym wymiarze, inne istoty żyjące, myślące, i na prawdę inteligentne, co widział po Teodozjuszu. Na pewno nie wielu, a może jest jedyny, westchnął, a może to dopiero początek. Barbara dobrze znała ten błysk w oku, wiedziała, że ta młodzieńcza żądza przygód też ma wpływ na decyzję jej syna i wiedziała dobrze że z tym nie wygra. Mężczyźni w tej rodzinie byli podróżnikami, badaczami, odkrywcami i jej syn też ten bakcyl odziedziczył.
– Chodź przytul mnie mocno Gabrielu i idź, nie przeciągajmy tego, oboje czujemy się niekomfortowo prawda? Kocham ciebie bardzo mocno. Idź rób co musisz, czego chyba też pragniesz prawda, ja będę tu na was czekać.
Gabriel wstał z leżaka, mocno przytulił mamę i nie oglądając się szybkim krokiem poszedł w kierunku domu. Wiedział, że za nim patrzy, gdyby się odwrócił i zobaczyłby jej zapłakana twarz, to chyba nie dałby rady. Nie oglądaj się zza siebie, nie oglądaj, pomyślał i od razu, pewnym krokiem skierował się na schody do góry, szybko przeszedł korytarzyk i położył dłoń na klamce od drzwi gabinetu dziadka. Wstrzymał oddech, chwycił za klamkę i je otworzył. Teo stał na środku pokoju i czekał. Widać było, że był równie zdenerwowany jak Gabriel.
– I co teraz? – spytał go Gab
– Jeśli przechodzisz, to idziemy.
– Przechodzę – powiedział z pewnością w głosie Gabriel – Przechodzę!
Obaj podeszli pod miejsce, gdzie w ścianie otwierał się Portal.
– Weź mnie za rękę i może zamknij oczy, bo pierwszy raz to będzie dziwne uczycie. Ja ciebie pociągnę lekko za sobą, nie opieraj się tylko od razu idź za mną, to ważne abyśmy byli jakby jednością.
– Szkoda, że tego nie można wypróbować – powiedział zdenerwowany Gabriel.
Pewność siebie gdzieś się ulotniła, drżącą i lekko spocona dłonią chwycił mocno Teo za rękę, cały drżał. Serce trzepotało mu jak skrzydła przestraszonego ptaka, oddech miał przyspieszony i nierówny, nogi odmawiały mu prawie posłuszeństwa. Bał się! Dopiero w tym momencie poczuł, jak bardzo się boi i nie wiedział już co w nim przeważa, pewność decyzji, ta ciekawość ich świata, czy ten strach.
Teo również drżał, jego dłoń też była spocona, czuł taki sam strach jak Gabriel, ale starł się tego nie okazywać. Mimo, że przechodził przez ten Portal niezliczoną ilość razy, to przejść z kimś, być odpowiedzialny za kogoś, kogo ma przeprowadzi, miał pierwszy raz. Starał się uspokoić serce i oddech, a gdy mu się to trochę udało powiedział.
– Wiem, Gab, to trudne, zamknij oczy i skup się na tym co czujesz, na tym jak ciebie prowadzę, wtedy będzie Ci łatwiej. Gotowy?
Gabriel jeszcze mocniej chwycił Teodozjusza za rękę, przysunął się do niego trochę bliżej i zamknął oczy. Wstrzymał oddech, zamarł, wypuścił powoli powietrze z płuc.
– Gotowy!
Teo dotknął ręką ściany w miejscu, w którym otwierało się przejście do świata Murków.
– Idziemy! – powiedział.
Zrobił krok w otchłań, czuł opór Gabriela, mocniej ścisnął rękę chłopca dając mu tym sygnał, że to teraz, oraz po to aby dodać mu animuszu i pociągną go za sobą w nicość.
Chłopiec czuł jak przyjaciel ciągnie go za sobą, poczuł jakby lekki chłód, im szedł dalej to chłód był coraz większy, aż poczuł jak zdrętwiał z zimna, coś jakby prześlizgiwało się po jego ciele, jak gdyby jakaś materia rozstępowała się przed nim, było to jakieś takie obślizgłe, oblepiało go, prawie czuł jak dostaje mu się do nozdrzy, do uszu, przez chwile nie mógł oddychać, otworzył usta aby złapać oddech, ale szybko je zamknął, bo poczuł jak to ohydne, obślizgłe „coś” dostaje mu się do ust, zachłystnął się, potknął się i otworzył oczy. Akurat w tym momencie wyszedł z tej materii i poczuł ciepło, był w czymś co przypominało tunel, gdzie ścianami było światło, bał się spojrzeć pod nogi, bo miał wrażenie, że idzie po tym świetle, i jednocześnie po niczym. Niby czuł, że jest to tunel, że są jakieś ściany, sufit, podłoga, ale jednocześnie nie było nic, miał wrażenie, że gdyby wyciągnął rękę i chciał tej ściany dotknąć, to jego ręka przeszłaby przez to światło, a może to coś by mu ja urwało, odcięło. Zrobiło się gorąco. Co rusz gdzieś śmigały jakby inne świetlne tunele, oraz jakieś cienie rozdzielające je, które były jakby pustką. Znów światło i mrok, i światło, i mrok, czuł się jak gdyby szedł w próżni, miał wrażenie, że nie ma nic tylko on, Teo i to światło. I nagle ściany, sufit, podłoga jakby znikły i wszystko zaczęło wirować, a ta wcześniejsza jasność kręciła się spiralą od mniejszych kół do większych i zbliżała do niego. Czuł, że chyba chciała go pochwycić i pociągnąć za sobą, wciągnąć go, wessać czy pochłonąć, a potem jakby zasyczało, jak żywy twór, który poczuł coś, co go zabolało, coś co mu się nie spodobało i odskoczyło od niego z sykiem, i znów spiralami większymi i mniejszymi zaczęło się oddalać. Zakręciło mu się w głowie, zemdliło go, szybko zamknął oczy. Na szczęście poczuł szarpnięcie i znów tą ohydną zimną materię prześlizgującą się przez jego ciało, znów to strasznie zimno i nagle wszystko się skończyło, i dotknął coś twardego stopami.
– Nie było tak źle na pierwszy raz, co? – roześmiał się Teo, ciągle jeszcze drżąc, oparł Gabriela o ścianę budynku Portalu, przyjaciel był blady jak papier i wydawało się, że ledwo trzyma się na nogach, że zaraz się przewróci
– Otwórz oczy, jesteś w moim świecie – powiedział – Witam u Murków.
Gabriel ciągle czuł mdłości, żołądek jak to mówią, przewrócił mu się na drugą stronę. Chwilę stał czując opór za plecami i pod nogami, było to cudowne uczucie wiedzieć, że coś jest za tobą, że możesz się o coś oprzeć, że stoisz na czymś twardym. Zamrugał powiekami i otworzył oczy. Oddech zamarł mu w piersiach. Przed jego oczami rozpływała się feeria barw. Chłopak był przygotowany na szaro barwny świat, tak jak widział Teo w swoim świecie. Jednak świat do którego przeszedł był kolorem tęczy. Teo też taki był. Postać i rysy te sam, tak jak je w mroku zapamiętał, jednak twarz i ciało nie było już szare tylko takie ciepłe, żółte. Włosy miał czerwone jak ogień, duże niebieskie oczy, w których tańczyły jakby ogniki. Jego ubranie było niebieski, jakby odbijało się w jego oczach. Usta czerwone, na których widniał wielki uśmiech. Ta mnogość intensywnych barw, po tym świetlnym tunelu i kręcących się spiralach, spowodowała, że znów zakręciło mu się w głowie. Chłopiec pochylił się i zwymiotował, następnie oparł się ponownie o ścianę, i osunął się na ziemię. Świat powoli zaczął się zatrzymywać i wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce, ale oddech miał ciągle przyśpieszony. Był tym wszystkim oszołomiony, zaskoczony, nie bardzo wiedział przez chwilę gdzie jest, co się stało. Powili, bardzo powoli oddychał coraz spokojniej i w końcu zaczął kojarzyć fakty, przeszedł, udało się! Przeszedł do świata Teo, przeszedł prawda? Żyje? To nie sen, nie omamy? Ciągle jeszcze czuł to dziwne uczucie w żołądku. Gdyby umarł, to chyba nie czułbym tego prawda, pomyślał. A więc żył, przeszedł!
– I co podoba Ci się nasz świat?
– Udało się? Udało! Przeszliśmy Teo? Herbata, przeszedłem prawda? Żyje? Czy to sen? Umarłem? Umarłem, chyba umarłem. Uszczypnij mnie, zrób coś – wystękał – Ała! Żyję!
Gabriel przypomniał sobie chwilę, w pokoju dziadka, gdy Teo siedział na podłodze, a księżyc na sekundę rzucił na niego swój blask. Pomyślał wtedy, że światło dobiło się od czegoś, bo Teo był jakby tęczą barw, nie szary. Teraz wiedział, że przez ten ułamek sekundy zobaczył go w swoim świecie takim jakim jest naprawdę.
Sam świat dookoła też był niesamowity. Od tego światła i tych intensywnych barw znów zakręciło mu się w głowie, oparł jedną dłoń o ścianę budynku, tak jakby chciał się o nią przytrzymać, a drugą lekko przysłonił oczy. Pomyślał, że szkoda że nie ma okularów przeciwsłonecznych, bo teraz choć na chwilę, zanim wzrok przyzwyczai się do tego świata, bardzo by mu się przydały. Zrozumiał też Teodozjusza, gdy mówił, że ich światło go drażni, rzeczywiście tutaj te światło było jakieś inne. Zaczął się dookoła rozglądać. Drzewa, las, roślinność, nie była jak w jego świecie zielona, tylko wpadała w niebieski tudzież błękit czy granat. Kwiaty było kolorowe o niebieskich łodyżkach i liściach. Ptaki na drzewach przypominały ptaki z jego świata, ale różniły się ilością barw. To co zobaczył w pierwszej chwili bardzo mu się spodobało, nie dziwił się dziadkowi, że ten świat przypadł mu do gustu.
– I jak? – ponownie spytał Teo – podoba ci się nasz świat?
Gabriel nie do razu zareagował na pytania Murka, gdyż ciągle rozglądał się zafascynowany tym co zobaczył.
– Tak, jest cudowny. Nie spodziewałem się tego, byłem pewny, że przejdę w szaro ponury świat, jak mur, jak wasza nazwa, że wasz świat mnie przytłoczy, ale to co widzę, jest fantastyczne. Czemu mi nie powiedziałeś? Czemu ja widziałem ciebie zawsze szarego?
– Nie wiem czemu tak jest, że my u was tacy jesteśmy. Wszystko traci barwę, my, nasze odzienie, może to jakaś ochrona abyście nas od razu nie zauważyli – zaśmiał się – chyba wasze światło inaczej na nas działa, a na pewno bardzo razi nas w oczy, w sumie nie zastanawiałem się nad tym. A nie powiedziałem ci, bo nie chciałem ciebie bardziej zachęcać, ty musiałeś sam postanowić, że chcesz przejść, bo nie mamy pewności co dalej, a opowieściami o naszym świecie może bym ciebie bardziej zachęcił.
– O tak, jasne że byś zachęcił, ten widok jest niesamowity.
– A więc sam widzisz, że miałem rację. Jeśli już się przyzwyczaiłeś do zmiany świata to pójdziemy do Starszego dobrze? Mówiłem mu że dziś przejdziesz.
– Tak, tak, jest już lepiej, tak, oczywiście, możemy iść. Ale w jakiś sposób ja się z nim porozumiem? – spytał Gab – Jak? Skąd będę wiedzieć co mówi?
– Teodor i Tadeusz rozumieją wszystkich nas, nie tylko mnie, a każdy Murek rozumie ich, ty też przecież rozumiesz mnie a ja ciebie. To co słyszysz, dzięki tej mocy, która nas połączyła staje się dla ciebie zrozumiałe, a innym umożliwia rozumienie ciebie, tak to działa. Dlatego nie będziesz mieć problemów z porozumiewaniem się z każdym z nas, a oni z tobą, to jest dar, który łączy się z mocą jaka otrzymałeś.
– Myślałem, że rozumiem Ciebie bo jesteś tą moją „Pieczęcią”, to naprawdę bardzo przydatny dar. Przypomina takiego automatycznego tłumacza, nad którym w latach 40 zaczął pracować Warren Weaver w Ameryce. Ciekawe czy inne języki ludzi w moim świecie też będę automatycznie rozumiał i mówił w tych językach – zaczął zastanawiać się Gab i pokiwał głową – to by było w moim świecie na prawdę przydatne. Nie wiem czy wiesz, ale u nas prawie w każdym kraju mówi się innym językiem. A jak jest u was?
– Tego to nie wiem, jest to na pewno wielkie utrudnienie, u nas każdy Murek mówi tak samo. A Ty jeszcze nie jedno pewnie w sobie odkryjesz, będąc w naszym świecie i ogólnie. Ja nie wiem jakie masz moce i co one Tobie dają, ale pewnie jeszcze nas zaskoczą.
Chłopcy ruszyli w stronę domu Starszego. Gabriel szedł obok Teodozjusza ciągle się rozglądając i potykając. Nie mógł się napatrzeć na to co widział.
– Patrz pod nogi, jeszcze się naoglądasz, jutro rano dopiero zobaczysz nasz świat w pełnej krasie, jak wstanie nowy dzień.
– Chcesz powiedzieć, że będzie jeszcze ładniej?
– Zależy czy będzie pochmurny dzień, czy będzie świecić słońce.
Byli już pod domem Starszego. Budynek był jak wszystkie budowla u Murków zbudowany z drewna ze spadzistym dachem w kolorze wiśniowym, z dużą ilością okien, z ławeczką postawiona przy ścianie, okolony drewnianym płotem. Na ławeczce, już z daleka zobaczyli, że siedzi Starszy i ich wypatruje. Gdy przeszli przez furtkę, Starszy wstał i podszedł bliżej do Gabriela. On też był dla chłopca kolorowy, jednak jego skóra wpadała w lekki pomarańcz, a włosy były ciemniejsze niż u Teodozjusza, kolor jego oczy był turkusowy, ale może to dlatego , że jego ubranie było koloru zielonego. Usta też miał bardzo czerwone.
– Dobry wieczór Panu – powiedział Gabrielowi
– Łaski wiecznych Synu – odpowiedział Starszy – Jesteś Gabriel prawda? Już z daleka widziałem podobieństwo do twojego taty i dziadka, ale z bliska widzę, że najbardziej przypominasz dziadka.
– Dużo osób mi to ostatnio mówi – odparł Gabriel
– Witamy Ciebie u nas, ze swej strony postaram Ci się pomóc we wszystkim, co tylko będziesz
potrzebować, mów Teodozjuszowi, a on przekaże to mnie. Liczę na to, że moje odczucia wobec Ciebie są słuszne i że ty jako pierwszy będziesz mógł z pomocą swojej Pieczęci przechodzić przez portal w jedną i w drugą stronę.
– Zawsze się zastanawiałem, czy Teo, znaczy Teodozjusz nie mógł przeprowadzić taty?
-Teo… Ładnie go nazywasz. Niestety Teodozjusz jest tylko twoją pieczęcią, on nie może wziąć ze sobą nikogo innego tylko ciebie. Ale mam nadzieję, że twoja moc jest na tyle silna, że będziesz mógł podróżować przez portal w obie strony oraz, że ty możesz połączyć się z nimi aby odesłać ich do waszego świata gdy się zdecydują. Może wejdziemy do domu, może chcecie coś zjeść czy się napić?
– Dziękujemy bardzo – powiedział Gabriel – ale jeśli Teo się zgodzi to poszedłbym zobaczyć się z rodziną.
– Tak oczywiście, myślę że Teodozjusz się zgodzi, to będzie dla nich ogromna niespodzianka, oj bardzo ogromna niespodzianka. Oby Wieczni zesłali Wam dobry sen – Starszy pożegnał się z chłopcami.
Gabriel i Teo wyszli z podwórka, Murek poprowadził chłopca krętymi uliczkami. Gabriel ciągle rozglądał się dookoła, przez co non stop potykał o wystające na drodze kamienne bloczki. Wszystkie budynki w ich świecie były do siebie trochę podobne, różniły się tylko wielkością, wszystkie wykonane były z drewna, miały różnokolorowe dachy. Prawie każdy był okolony płotem i miał ławkę postawiona przed domem. Wszędzie było dużo kolorowej roślinności. Ten świat to tęcza barw, szkoda że u nas jest w sumie tak szaro, pomyślał Gabriel.
– Jeśli się nie skupisz na drodze, to dojdziesz do rodziny cały posiniaczony – zaśmiał się Teodozjusz – i dziadek z tatą pomyślą, że Ciebie pobiłem, oszołomiłem i na siłę tutaj zaciągnąłem, przenosząc Ciebie przez portal.
– Daleko jeszcze, jakoś coraz słabiej się czuję.
– Nie, na szczęście to już niedaleko, widzisz ten zielony dach, to dom twojego dziadka i Kiry.
– Gdybyście mieli równe drogi to bym się tyle nie potykał – zaśmiał się nerwowo Gab, czuł się strasznie oszołomiony – u nas też mamy podobne kamienie na drogach, nazywamy to kocimi łbami.
– Tak, wiem, twój dziadek mi mówił.
Oczom Gabriela ukazał się dom dziadka, przed domem była jak wszędzie ławeczka, ale z boku pod pięknym niebiesko- błękitnym drzewem z różowymi kwiatkami był postawiony drewniany stół z ławkami, przy którym siedziało kilka osób. Z daleka wydawało mu się, że to dziadek i jego ojciec, jednak nie mógł rozpoznać postaci, gdyż do oczy napłynęły mu łzy.
– Poczekajmy chwilkę, muszę trochę ochłonąć – powiedział do Teodozjusza.
Oparł się o jakiś płot, kilka razy wciągnął i wypuścił powietrze, serce biło mu jak oszalałe, znów zakręciło mu się w głowie. Ręce położone na płocie zaczęły mu dygotać. Teo oparł się o płot i objął Gaba ramieniem, następnie poklepał po plecach.
– Dasz radę – powiedział – oni będą jeszcze bardziej zszokowani i zdenerwowani niż ty, dla nich to będzie zaskoczenie, że Ciebie zobaczą, bo nic nie wiedzą. Razem ze Starszym postanowiliśmy im na wszelki wypadek nic nie mówić, weź się w garść i chodźmy.
– Na wszelki wypadek… – powtórzył Gab – na wypadek gdybym nie dał się pobić i wciągnąć na siłę do Portalu? – zażartował, śmiejąc się trochę nerwowo – na wypadek gdybym zginął? – spoważniał – na taki wypadek…
– Nie Gab, nie gadaj głupot – powiedział poważnie Teo – na wypadek gdybyś się jednak rozmyślił i nie dał rady przejść!
Gabrielowi myśli kotłowały się w głowie, pokiwał nią odruchowo kilka razy, trudno było mu się jakoś skupić. Przejście przez Portal odczuł bardzo mocno i fizycznie, i psychicznie. Znów kilka razy wciągną powietrze, wytarł oczy, przymknął je na chwile, postarał się równo i głęboko oddychać aby uspokoić serce i myśli, różne myśli, też jakieś takie czarne.
– Dobra, jestem gotowy – powiedział.
Chłopcy wyszli zza zakrętu i skierowali się w stronę domu Kiry. Gdy byli już blisko z ławki wstały dwie osoby i zaczęły biec w ich kierunku, Gabriel też przyspieszył kroku, razem dopadli do furtki.
– Gabriel? Gabrielu!
– Tato! Dziadku!
Ojciec chłopca i dziadek objęli chłopca ramionami szlochając.
– Co ty tutaj robisz? Zostawiłeś matkę samą? Gabriel!
– Przeszedłem do was, musiałem, coś mnie tutaj bardzo ciągnęło, nie mogłem zrobić inaczej, może będę mógł wam pomóc przejść z powrotem, musiałam tato, mama to rozumie.
– Co u niej, zdrowa jest?
– Tak zdrowa, wszystko dobrze, czeka na ciebie, liczy, że mi się uda.
– Dobrze synu, o tym to porozmawiamy później, nie mogę ciebie narażać.
– Wchodźcie, siadajcie – powiedział dziadek.
Wszyscy razem przeszli przez furtkę i usiedli przy stole. Dziadek i tata wyglądali tak jak ich Gabriel pamiętał, byli tylko trochę starsi. Ubrani byli w ubrania Murków, bluzę przewiązywaną z boku i lekkie, jakby płócienne, spodnie, wszystko w kolorze brązu. Tkanina Murków była jakaś taka lekka, inna nawet w dotyku, niż materiały z jego świata. Odzienie było zrobione z „ich” materiałów, materiałów które są z tego świata, produkty na te tkaniny rosną przy ich świetle, więc może i nie jest dziwne, że one też tracą swój blask, kolor w świetle z jego świata, pomyślał. Obok dziadka siedziała Murka, jej skóra była ciepło żółta z odcieniem pomarańczowego, włosy miała czerwone o odcieniu karmazynowym, oczy miała bardziej modre niż niebieskie i szeroki uśmiech. Obok niej siedziała młoda dziewczyna w wieku chyba Teodozjusza o ciepłej jasnożółtej barwie skóry, włosach czerwonych wpadających trochę w tycjan i pięknych zielonych oczach.
– To jest Kira i jej córka Larysa – przedstawił dziadek – a to mój wnuk Gabriel.
Wszyscy przywitali się bardzo serdecznie, Chłopcy usiedli za stołem.
Domownicy oraz goście długo rozmawiali. Gabriel opowiadał o mamie, szkole, swoich nowych przyjaciołach. O tym jak pierwszy raz usłyszał Teo, o strachu, lęku i wszystkich emocjach, o całej tej drodze jaką przeszedł zanim go w końcu zobaczył. A największe zainteresowanie dziadka wywołała opowieść o wujki Filipie i umiejętnościach strzeleckich Gaba, dziadek bardzo się cieszył, że wnuk też to po nim odziedziczył.
– Jak ja opowiadałam Teo, jak wujek mnie pochwalił za celność i, że powiedział, że mam to po tobie, dziadku – opowiadał Gabriel.
– To mi się wyrwało „O tak, to bardzo możliwe” – wtrącił Teodozjusz.
– Tak, i uciekł, wołałem za nim „Co jest możliwe? Co jest możliwe? CO?” Ale jego już nie było, chyba pierwszy raz od początku jak go usłyszałam, tak szybko przeszedł z powrotem. Wtedy zrozumiałem, że on musiał lub musi Ciebie dziadku znać, że może też zna Ciebie tato. Długo nie wiedziałem co mam robić, bo tak bardzo chciałam, ale i tak bardzo się bałem, ale los jakby sam podsuwał mi decyzję, którą w sumie tak naprawdę podjąłem w chwili, w której te słowa wyrwały się Herbacie. I oto jestem – zaśmiał się Gab.
– Uciekłem, bo się wystraszyłem, wiedziałem że się domyślisz, a ja nie chciałem Ciebie do niczego zmuszać czy pospieszać – trochę zażenowany zaczął tłumaczyć się Teo.
– Czyli to dzięki tobie mam teraz wnuka przy sobie – powiedział Teodor.
– Nie przypisuj mu wszystkich zasług, Dziadku – zaśmiał się wnuczek – ja też dołożyłem małą cegiełkę aby tu być.
– Ale zaraz, Herbacie? – dopytywał się dziadek
– Tak, Herbacie, tak uszczypliwie nazywam Teodozjusza, bo on jak się przedstawił imieniem, to ja nie zapamiętałem dokładnie i powiedziałem niepewnie „Teo”…? A on do mnie „Teodozjusz nie herbata”, bo chyba usłyszał tea i tak został „Herbatą” – zaśmiał się nastolatek
Widać było, że po spotkaniu rodziny Gabriel poczuł się lepiej i nawet humor zaczął mu dopisywać, chłopiec czuł się jak gdyby pojechał do kogoś w gości, jakby w jakiś magiczny sposób wpasował się w ten świat. Takie samo odczucie co do świata Murków miał jego dziadek. Jednak nie wszyscy czuli się tak szczęśliwie i swobodnie. Tadeusz cieszył się z widoku syna, jak plaster miodu na jego zbolałe serce była opowieść o Barbarze, jednak bał się o jego los. Nigdy by na to nie pozwolił, aby on ryzykował i przeszedł po to by jemu pomóc wrócić. Co prawda sam pięć lat temu zrobił tak samo, jednak wiedząc teraz to co wie, to że mu się nie udało wrócić ze swoim ojcem, nie był pewien jaką decyzje by podjął. Teodozjusz też czuł się niepewnie, wziął na swoje barki odpowiedzialność ze dalsze życie przyjaciela. Widział wymowny wzrok jego ojca, z niemym pytaniem „dlaczego?”. Przez te wszystkie lata wsiąkł w tą rodzinę, w świat oglądany za murem, ale przede wszystkim był Murkiem i do jego obowiązków należało robić to, co od niego wymagali inni Murkowie, Starzyzna, Wieczni. Właśnie wykonywanie tych powinności skierowało go do pokoju Teodora, do poznania Gaba i do tej chwili teraz. Czuł wielki balast na sercu, ciężko mu było z tą odpowiedzialnością i wyrzutem w oczach Tadeusza.
W tym czasie na dworze zrobiło się ciemno.
– Chyba byłaby już pora się pożegnać – powiedział – Rodzice wstawili mi drugie łózko do pokoju dla Gabriela, bo nie wiedziałem, jak późno będzie jak przejdziemy. Zastanawiam się gdzie byś chciał zostać?- spytał przyjaciela i aż westchnął na myśl, że pójdą już do domu, czuł się bardzo nieswojo widząc ciągle wzrok Tadeusza z tym niemym karcącym pytaniem.
– Jeśli twoi rodzice zadali sobie tyle fatygi, to oczywiście miło mi będzie gościć u ciebie, Teo – odpowiedział Gabriel.
Chłopcy pożegnali się ze wszystkimi i skierowali się w stronę domu Teodozjusza. Ponieważ było już późno i tylko księżyc dawał lekki blask, otoczenie nie rozpraszało Gabriela już tak bardzo, to jednak trudno mu było przyzwyczaić się do braku oświetlenia i znów co chwile potykał się o wystające kamienie na drodze.
– Czy Tobie to już tak zostanie? – zaśmiał się z przekąsem Teo
– Nie bądź taki przemądrzały Herbata – zdenerwował się Gab – ja jestem przyzwyczajony do techniki, do oświetlenia, u nas nawet na ulicach są lampy.
– O tak wiem, jesteście rozpuszczeni na maxa, do wszystkiego coś wynajdujecie, coś potrzebujecie, ale tutaj jest inaczej, będziesz musiał żyć jak samarytanin! – powiedział chyba za ostro Teo
– Dużo wiesz o naszych zwyczajach – przekomarzał się Gabriel
– Dużo waszych książek przeczytałem i „dużo wody upłynęło” zanim dorosłeś chłystku – droczył się dalej Teo
– Czekaj, czekaj, jak już ogarniemy cały ten twój świat, to zabiorę ciebie do swojego, zobaczymy jak się tam odnajdziesz.
– Wiesz, że ja źle reaguje na wasze oświetlenie.
– A o okularach przeciwsłonecznych w naszych książkach nie czytałeś? Musisz poszerzyć swoja wiedzę o nas – śmiał się Gab – zmontujemy Ci takie gogle jak do pływania tyko na światło i będziesz mógł śmigać po naszym świecie.
– Naprawdę? Czy żartujesz? – ucieszył się Murek – wiesz , że przez tyle lat to było moje największe marzenie, najbardziej fascynuje mnie śnieg. Gdy byłeś mały patrzyłem jak po południu lepiłeś bałwana, tak to nazywacie. Tak chciałem poczuć to białe coś. Stanąć pod drzewem obsypanym śniegiem i strzepać go całego na siebie.
– Masz to załatwione – śmiał się Gab – to z tym drzewem to na bank, a i nie jedną kulkę śnieżna w ciebie z chęcią poślę.
Myśli, jakieś takie czarne, które zaczęły męczyć młodego człowieka, jakiś taki strach niepewności, te które wylały się falą po słowach Murka „ na wszelki wypadek”, jakby się ulotniły. Poczuł się jakby przyjechał do nich w odwiedziny. Był bardzo szczęśliwy. Cieszył się że zobaczył ojca i dziadka. Poprawił mu się humor. Chłopcy przekomarzali się całą drogę do domu Teodozjusza, byli jak dwaj dobrzy przyjaciele, jak dwaj bracia, jakby nie dzieliły ich całe światy i przestrzeń. Ich więź była bardzo silna i niesamowita. Byli jak dwa ziarenka maku we wszechświecie, które odnalazły się „w korcu maku” świata. Czuli, że razem są tak silni, że mogli pokonać wszystko, nawet całe zło świata. Teodozjusz rozluźnił się, poczuł, że tak miało być, że oto wypełniła się część jego przeznaczenia, że teraz może być już tylko lepiej.
W jego domu było bardzo cicho, słychać było tylko odgłosy równych oddechów śpiących rodziców.
– Choć cichutko do mojego pokoju – powiedział do Gaba – jak ich obudzimy to do rana się nie położymy, a ja czuje się bardzo zmęczony, ty pewnie tez?
– Tak, padam z nóg.
Chłopcy weszli do pokoju Murka, łóżka czekały na nich już rozścielone, ustawione przy przeciwległych ścianach pokoju. Ich widok wywołał jeszcze większe uczucie zmęczenia.
– To jest moje łózko, a to jest dla ciebie – pokazał Teo.
Obaj zdjęli tylko buty i tak jak stali padli na łózka, wtulając się od razu w miękką pościel, po chwili słychać było już tylko ich równy, senny oddech.
Pierwsze promienie światła od razu obudziły Gabriela. Dzień dopiero wstawał, było jeszcze bardzo wcześnie. Chłopiec podszedł do okna i zaczął z ciekawością się rozglądać. Tak, przyjaciel miał rację, rano feeria barw była jeszcze większa, mimo że wydawało się to niemalże nie możliwe, świat Murków by jeszcze bardziej kolorowy niż wczoraj.
– Co się rozbijasz od samego rana? – spytał Teo ziewając – spać nie możesz?
– Jak można spać jak słońce świeci po oczach? W waszym świecie nie wynaleźli jeszcze firanek i zasłon?
– Jak byśmy się tak bunkrowali jak, wy to jak księżyc by nam przyświecał, też byśmy potrzebowali tej waszej elektryczności – odburknął ciągle jeszcze zaspany Murek.
– Tu się z tobą zgodzę, ale spanie byłoby łatwiejsze.
– Może by i było, nie spałem u was, a ty przyzwyczaisz się. Kładź się, jeszcze chcę pospać – burknął ciągle jeszcze nie wyspany i bardzo zmęczony Teodozjusz, wszystkie wydarzenia z wczorajszego dnia bardzo osłabiły go i fizycznie i psychicznie.
Gabriel położył się i jak w domu schował głowę pod kołdrę. Od razu lepiej, pomyślał.
– Wstawaj śpiochu, wcześniej ganiałeś po pokoju, a teraz to chrapiesz?
Gabriel otworzył oczy, przetarł je ręką i zamrugał powiekami.
-To już będzie tak zawsze? Te wasze słońce bardzo mocno świeci.
– Nie, to nie tak zawsze, dziś specjalnie dla ciebie słonko wstało i świeci tak mocno – zażartował Teo – Trzymaj, mama przyniosła dla ciebie świeże ubranie.
– O też brązowe jak taty i dziadka, oznaczacie nas?
– Oczywiście, kolor brązowy u nas jest przeznaczony dla więźniów, aby z daleka było ich widzieć, łatwiej będzie Was złapać, jak będziecie uciekać- znów zaśmiał się Teo
Jakby to było potrzebne, jakbyśmy nie odróżniali się już wystarczająco od was, pomyślał Gabriel. Jemu jakoś nie było do śmiechu, wcześniejsze emocje opadły i zaczęły przebijać się wątpliwości i strach. Co jeśli zostanie tutaj na stałe? Świat Murków wydawał się być przyjazny, taki kolorowy, wspaniały. Wydawało się, że przez to musi być dobry, ale co jeśli tak naprawdę to tylko fasada, zapora która ma ich omamić, którą omamił go Teodozjusz i z czasem wyjdzie, że wszystko nie jest tak pięknie i kolorowo? Dziadek niby był taki szczęśliwy, ale tata, tata miał w oczach cały czas jakby pytanie, „po co? dlaczego?” Może chciał mu tym coś powiedzieć, ale bał się przy Murkach o tym wspominać? Spojrzał na przyjaciela, zobaczył te ogniki w oczach i szeroki uśmiech. Wydawał się być szczery. Nie… Zaczął odpędzać od siebie te czarne myśli, które zakiełkowały już wczoraj. Musze porozmawiać z dziadkiem i tatą na osobności, dowiedzieć się co oni tak naprawdę myślą o tym świecie, postanowił. Dziadek wczoraj był taki radosny, a tatę martwiło to, że mama została sama i to, co z nią będzie jak on nie będzie mógł wrócić, ale jednak cały czas nie byli sami, nie mieli możliwości na szczerą rozmowę. Może to nie tak, że oni nie mogli wrócić, tylko im nie pozwolono? Może pradziadek im uciekł, a oni go zabili, gdy go złapali, aby właśnie nie wrócił? Nigdy nie popatrzył na to z tej perspektywy. Nagle zaczął myśleć, że jest głupcem, że może nabrał się na słowa Murka, że gdyby się nie zgodził przejść dobrowolnie, to może by go rzeczywiście pobił, albo nawet omamił czymś. Pewnie jak są tak blisko z natura to maja tu trucizny i inne substancje odurzające, które może działają jak narkotyki u nich, pomyślał. Może oni po prostu chcieli go podstępem sprowadzić tutaj, zanim dorośnie, zanim i on będzie miał syna, aby uwięzić tu wszystkich, którzy mają tą ich moc, zaczął się nad tym zastanawiać! Może Teodozjusz specjalnie powiedział te słowa o dziadku, bo wiedział jak on na nie zareaguje. Może to wszystko zostało spreparowane właśnie tak jak Oni, Murkowie, tego chcieli i teraz maja go, oznaczą go brązowym kolorem ubrania, i już zawsze, nawet z daleka będzie widoczny, ich więzień do końca swoich dni! A mama? Mama będzie czekać i nie doczeka się, aż w końcu i ona i wujek Filip odejdą i nikt już nie będzie wiedział o tym co się stało, pamiętał o jakiejś Pieczęci z jakimiś Stworami z innego wymiaru. Wiedza o tym umrze z ostatnimi żyjącymi ludźmi w jego świecie i razem z nimi tutaj. Bo może Murkowie żałują tego co zrobili przy narodzinach Teofila i to jest sposób aby to zakończyć, wymazać. Teraz wszyscy są już uwięzieni u Murków, problem z głowy. I znów spojrzał w oczy Teo, i zawstydził się tymi myślami. Siedział na łóżku w pokoju swojego „bliżniaka” z innego świata i nie wiedział co ma czuć. Pochylił głowę, oparł łokcie o kolana i objął ją dłońmi, tak jakby chciał zatrzymać wypływ tych złych myśli ze swojej głowy. Ścisnął, ale nie poczuł ani spokoju, ani potwierdzenia, że się myli. Musi porozmawiać z dziadkiem i tatą, zostać z nimi sam na sam, i ich o to spytać, musi! Tak, porozmawiam z nimi o tym, postanowił.
– Czy dałbyś mi dziś chwilę na rozmowę z dziadkiem i tatą? Ale tak sam na sam z nimi?
– To bardzo dobry pomysł, ale najpierw przebierz się i pójdziemy na targ, aby poszukać Ci kejta. Musisz mieć swojego kejta, abyś miał jak razem ze mną poruszać się po naszej okolicy.
– Kejta? A co to jest?
– To tak jak wasz koń
– „Jak koń”? Ja nie umiem jeździć nawet na koniu, a już na pewno nie na zwierzęciu „jak koń”. Nie macie firanek, zasłon, a rowerów, samochodów, motocykli też nie macie?
– Nie mamy, musisz nauczyć się jazdy na kejcie.
– Ciekawe czego mi tu jeszcze będzie brakować?
– Wielu rzeczy, nasz świat jest trochę inny, bardziej prosty, zbliżony do natury.
Gabriel westchnął na myśl o „jak koniu”, o tej ciągle powtarzanej „naturze”, o tych różnicach miedzy ich obydwoma światami, które już zauważył i o innych różnicach o których jeszcze nie wie. Jakoś ciężko mu było na sercu, wcześniejsza euforia pomieszana z późniejszym strachem zamieniła się w zadumę. Co jak mi się tutaj nie spodoba, tak jak tacie, pomyślał? Co jak tu utknę w tym brązowym ubraniu dla „więźniów” z „jak koniem” do przemieszczania się, zawsze zależny od Teodozjusza aby przejść przez Portal? Teraz ta zależność zaczęła mu bardzo ciążyć. Wcześniej czuł radość, że potrzebni są obaj, brakowało mu przyjaciela, brata, w końcu był jedynakiem, teraz zaczął tą potrzebę „posiadania” Teodozjusza do przejścia przez Portal odbierać negatywnie. Czuł się ubezwłasnowolniony. Do końca swoich dni uwięziony „za murem”, zależny od kogoś w obcym świecie? Westchnął ponownie ciężko, starał się aby Teo nie widział jego miny, odwrócony plecami przebierał się, trzymał głowę nisko ukrywając twarz i emocje, które jak przypuszczał były na niej widoczne. Nie miał powodów do takich myśli, ale nie miał pewności, że są bezpodstawne. Nie chciał zrobić przykrości przyjacielowi. Jego postawa, zachowanie nie wskazywały na to, aby takie przypuszczenia miały być prawdziwe, ale czuł strach w tym nowym miejscu, czuł się nieswojo przed tym nieznanym. Poświęcił się dla dziadka, ojca, świata, swojego i tego obcego świata. Poświęcił siebie dla uratowanie czegoś, co zabrało mu już wcześniej dziadka i ojca, pradziadka nie znał, ale też mu go odebrało, czegoś co teraz odebrało mu matkę, przyjaciół, szkołę, życie, normalne życie. Poświęcił wszystko! A co jeżeli ten świat jest zły? Jak mógł tak dać się omamić? Ma uratować światy, ale przed czym? Przed Cieniem! Cień… o tak Cień, ale skąd ma wiedzieć, czy on w ogóle istnieje? Powiedziano mu że „Cień odbił swoje piętno w świecie Murków’ i, że „w jego świecie też”, a on jak głupi w to uwierzył! Tylko skąd ma mieć pewność, że to prawda, może to były „bajki” aby go TU ściągnąć i uwięzić, bo ktoś, kiedyś dał jego rodzinie tą, jakaś moc. Czy moc? A może przekleństwo? A teraz postanowił ich wszystkich tu uwięzić, aby mieć tą moc pod kontrolą, dla swoich korzyści. Jeśli on jest rzeczywiście wybranym, to może ściągnięcie tu dziadka i taty było właśnie po to aby go omamić możliwością uratowania ich i uwięzienia go tu na zawsze. Będzie ich zakładnikiem! A za jakiś czas będą go zmuszać do wykorzystywania tej mocy do robienia złych rzecz, tak jak im to będzie pasowało. Mają tu jego tatę i dziadka, aby mu grozić. Znów westchną, złapał kilka mocnych oddechów i postanowił się uspokoić. Takie myśli nic dobrego nie przyniosą, pomyślał. On musi mieć trzeźwy umysł, aby móc wszystko wyłapać, by móc wyrobić sobie swoje zdanie i jeśli… to pokierować wszystkim tak, aby siebie i swoją rodzinę uwolnić i uratować. Ciężkie brzemię dla piętnastolatka, bardzo ciężkie, a on sam dał się w to wciągnąć, głupi, głupi, głupi i jeszcze dał się zaciągnąć do domu Murka, jakby nie mógł zostać z rodziną. Ale rodzina też mieszkała z Murkami, może ta Kira to tak na prawdę jest ich strażniczka i tylko udaje żonę dziadka? A ta druga, Larysa, może nawet nie jest naprawdę córką tej Kiry, w sumie nawet nie są do siebie podobne, pomyślał, tylko drugą strażniczką i udaje jej córkę? Skończył się przebierać w przyniesione przez Murka „więzienne ubranie”. W tym czasie Teo przyniósł na tacy śniadanie i postawił na stoliku, który stał pod oknem. Był to duży talerz z jakimiś chyba plackami, rozgniecione owoce i jakiś syrop, oraz dzbanek z jakimś piciem. Murek postawił na przeciwległych brzegach stołu po talerzyku i po kubku, i usiadł, Gabriel też usiadł. Teo nabrał sobie jeden placek na talerzyk, placki były ułożone tak niby wszystkie razem, a niby na dwie kupki, zauważył Gab. Przez chwile myślał który wziąć, a następnie wziął placek, który był pod plackiem Murka, na kupce jakby skierowanej właśnie w jego stronę. Murek nałożył sobie owoce, polał syropem i nalał napój z dzbanka do obu kubków. Gabriel też nałożył sobie trochę tych owoców i tylko troszeczkę polał tym syropem, tak tylko parę kropli. Teodozjusz jadł placki ze smakiem, lekko mlaskając z zachwytu. Gabriel jadł powoli, za to wypił wszystko z kubka. Teo wziął drugi placek, ten z wierzchu z kupki skierowanej bardziej w stronę Gaba. Nie zawahał się biorąc ten placek, zauważył Gabriel. Ciekawe czy jest w tych plackach trucizna, zaczął się zastanawiać. Co prawda tata i dziadek nie raz jedli coś, co zostało przygotowane przez Murków i żyją, ale teraz gdy on już tu jest, to może po prostu ich otrują i będą mieli ich z głowy. Dlatego bardzo powoli jadł swój placek, ale znów wypił wszystko z kubka, do którego nalał mu znów picie Teodozjusz. Skończył swój placek i zaczął myśleć, który wziąć, czy ten, który był pod plackiem tego placka, który niedawno wziął Murek, czy ten trzeci w kolejności z „kupki” Murka, wybrał ten trzeci i znów jadł powoli, ale znów wypił cały napój. Picie było lane ze wspólnego dzbanka, wiec przyjął, że trucizny tam nie ma. Pewnie dodali ją do odpowiednich placków, owoce były świeże, nawet nie były czymkolwiek posypane, no chyba że same w sobie są dla niego trucizną, ale trucizna mogła też być w syropie, pomyślał. Murek, co prawda nalał go sobie dużo, ale nalał na talerzyk, z boku placka który wcześniej nałożył i każdy odkrojony kawałek niby maczał w syropie, ale może tylko robił taki ruch, aby Gab, nie zauważył że syropu nie je, dedukował.
– Chyba chciało Ci się bardziej pić, niż jeść, smaczna ta nasza herbata, prawda – zauważył, mlaszcząc, Teo – szkoda, że nie masz apetytu, bo te placki, to moje ulubione śniadanie, mama specjalnie je dziś zrobiła – kontynuował mlaszcząc
– Yhym – potaknął młody człowiek.
Tak, zrobiła specjalnie z trucizna dla mnie, pomyślał i nagle zbladł. A jeśli Murek to przewidział, jeśli trucizna jest w piciu? Przecież on może być odporny na to co dodali do tej ich „herbaty”, to tak jak ze światłem u nas, które drażni ich oczy a nasze nie, może już tak otruli jego pradziadka. Zwymiotuję pomyślał, gdzie jest łazienka? Zapomniał jednak wcześniej o to zapytać. Nawet nie wiem czy w ogóle coś takiego mają, skwitował w duchu. Albo, jeśli jest blisko, to Murek usłyszy jak wymiotuje i kapnie się, że on wie i może nie będzie już miał sposobności przemyśleć jak uratować dziadka i ojca. Po prostu nie będę już nic więcej jadł i pił, pomyślał. Odsunął od siebie talerzyk, gestem wskazującym że zakończył śniadanie i podziękował Murkowi.
– Smakowało? – spytał Murek – trzeba przyznać, że mama dobrze gotuje, prawda? – powiedział oblizując palce.
– Tak, bardzo, podziękuj jej ode mnie, ale jakoś nie jestem głodny – odpowiedział Gabriel – moja niezbyt dobrze gotuje, ale na pożegnanie zrobiła mi pyszne chesseburgery.
Wspomniał mamę i łzy zakręciły mu się w oczach. Mama, czy ją jeszcze kiedykolwiek zobaczy, miał tylko nadzieje, że Teo nie może przejść do jego świata i ją tam otruć, czy może… zaczął się zastanawiać.
– Tak, zauważyłem, że nie jesteś głodny – skomentował Murek – za to bardzo chciało Ci się pić.
Chłopiec zbladł jeszcze bardziej o ile to możliwe, tak, teraz ma pewność, trucizna musiała być w napoju, bo widać Murek bardzo kontrolował jak dużo on jego pije, pomyślał.
– Później opowiesz mi co to są te chesseburgery. Teraz chodź, pokażę Ci mojego kejta, Bachusa. Musimy się pospieszyć dopóki są otwarte targi z kejtami, musisz mieć swojego.
Murek wstał, sprzątał szybko wszystko ze stolika z powrotem na tackę i po drodze wychodząc zaniósł naczynia do kuchni, Gabriel poszedł za nim. Weszli razem do stajni, oczom chłopca ukazał się kejt Murka. Wielki kejt Murka!
– O nie, ja na czymś taki nie pojadę – krzyknął Gabriel spojrzawszy na wielkie, dostojne zwierzę przyjaciela.
– On nie jest „czymś takim”, to jest Bachusa , w naszym świecie między nami a kejtami jest silna więź – żachnął się Murek
– I co? Myślisz, że jak kupimy mi kejta, to ja splotę swoje dłonie z jego grzywą, złączymy się w jedność i pognamy razem w siną dal?
– Tak, dokładnie tak myślę, ja ciebie na Bachusa nie wezmę, nie będę męczyć zwierzęcia, więc albo się nauczysz, albo będziesz za nami biegał.
Murek poklepał przyjaźnie zwierzę, sprawdził czy ma co jeść i pić.
Biegał za nim? W tym brązowym więziennym mundurku, może jeszcze mnie przywiąże do siodła, jeśli takie coś mają? A może jeżdżą na oklep jak dzicy, do dzikich to im chyba dużo nie brakuje, skwitował w duchu.
– A więc idziemy poszukać Tobie takiego samego przyjaciela – powiedział Teo.
Szli uliczkami to skręcając w prawo, to lewo, to lewo, to prawa, Gabriel już dawno stracił orientację, nawet gdyby teraz uciekł, to nie będzie wiedział gdzie jest i gdzie jest dom dziadka.
– Jesteśmy na miejscu, zobacz ile tu jest kejtów- powiedział Murek
Rzeczywiście za ogrodzonym płotem biegało luzem dużo takich zwierząt jak Bachus. Stało też wielu Murków, którzy się bacznie przyglądali człowiekowi w brązowym odzieniu. Jedni patrzyli na niego z uśmiechem, inni z bardziej marsową miną. Gab czuł się nieswojo. Podeszli do kliku kejtów, Teo kazał mu je dotykać, potem stali chwilę pośrodku placu, chłopiec przestępował z nogi na nogę nie wiedząc czemu to ma służyć, to że tu tak stoją jak na widelcu, gdy inni Murkowie przyglądali się im, jemu. Mieli przecież kupić kejta, dlaczego Teodozjusz nie kupi któregoś, obojętnie którego i nie pójdą już stąd.
– No dobra, to idziemy na drugi targ – powiedział Murek
Gabriel skina głową, znów szli i szli, znów Teo kazał mu dotykać różnych zwierząt, znów stali po środku placu, i znów Murek nie kupił żadnego kejta.
– No cóż… to mamy jeszcze jeden targ, idziemy – powiedział
Młodzieniec podreptał za przyjacielem, jak go kiedyś nazywał, miał już dość, ciągle nie rozumiał dlaczego te kejty, które były na obu targach nie podobały się Teodozjuszowi. No ale on się na tych kejtach nie zna, nawet na koniach się nie zna, widać coś było z nimi nie tak, że nie wzbudziły zainteresowania Teo, pomyślał. Na trzeci targ dotarli dość szybko, młodzieniec bardzo się ucieszył, gdy zobaczył ogrodzenie, a za nim wiele zwierząt.
– Oby tu był twój kejt, bo to już ostatni targ.
Znów podchodzili do różnych kejtów, Gabriel je dotykał, a potem znów stanęli na środku i tak stali, i stali, jakby na coś czekali, tylko na co? W końcu nie wytrzymał i zapytał.
– Po co my tak stoimy?
– Czekamy, aż któryś kejt Ciebie wybierze?
– Wybierze? Mnie? – spytał zaskoczony Gabriel
– Tak, wybierze! U nas to kejty wybierają sobie jeźdźców.
– Czyli to nie „Targ kejtów” a „Targ Murków”
– Można tak powiedzieć – zaśmiał się Teo
– Tak, a teraz to „Targ Człowieka” – skomentował z przekąsem Gab.
Czuł się coraz gorzej, widział jak Murkowie przyglądają się im, jak komentują pewnie to, że żaden zwierzak nie chce być człowieka. Znów zaczął się zastanawiać, czy dobrze zrobił, że przeszedł do ich świata.
– A tata i dziadek maja swoje kejty?
– Oczywiście!
A, czyli to tylko jego, Gabriela, żaden nie chce, pomyślał i łzy zażenowania, wstydu, strachu napłynęły mu do oczu. Pochylił głowę, aby szybko je wytrzeć, nie chciał by ktoś je zauważył, musi zachować choć dumę, pomyślał, gdy coś go trąciło. Podniósł zaskoczony głowę i jego oczy spotkały się z oczami wielkiego zwierzęcia. Zwierzę wydało dźwięk, miało to chyba być coś jak rżenie koni z jego świata i znów go trąciło pyskiem.
– Pogłaszcz go, szybko, nie, nie szybko, tylko powoli, delikatnie – sprostował Teo
Gabriel wyciągnął drżącą rękę w stronę wielkiego kejta, ten przysunął się bliżej chłopca, w sumie jakby podsunął mu swój pysk pod dłoń Gaba, a następnie dał mu się pogłaskać. To było niesamowite i dziwne uczucie, i Gabriel poczuł jakąś bliskość z tym zwierzęciem. Czary pomyślał, znów go mamią, przecież to nie może być tak, że to jest jedyny kejt w wszechświecie dla mnie, że mają ze sobą jakąś więź. Bajki, skwitował w myślach! Ale w duszy czuł się tak bardzo szczęśliwy, że ten kejt podszedł do niego, że go wybrał, że w końcu go WYBRAŁ.
– Dobrze, dobrze, jest Twój – powiedział Murek
Mój, pomyślał człowiek, mój… jeszcze nigdy nie miał „swojego zwierzęcia”. Mój, mój kejt, powiedział cichutko i jakieś ciepło rozlało się po jego serduszku.
W tym czasie podszedł do nich jakiś Murek
– To jest Ares – zwrócił się do Teodozjusza – widzę, że wybrał sobie tego człowieka z innego świata, jego wola, dbajcie o niego.
– Dziękujemy, Łaski Wiecznych – zwrócił się do niego Teo i podał kantar Gabrielowi – to idziemy do domu!
I tyle.
W drodze do domu Gabriel miał różne myśli i uczucia, w sumie już nie wiedział co ma myśleć i czuć. Najważniejsze, że w końcu jakiś kejt go wybrał, bo najbardziej, to czuł się zażenowany, gdy tak stał na środku tych targów i stał. Teraz już go ma. Ares, pomyślał, a kejt wydał z siebie znów to rżenie. Ares i rżenie, czy on wie, że w myślach powtarzam jego imię, zaczął się zastanawiać Gab. W brzuchu mu burczało, bo te dwa placki były jednak bardzo mało, i przelewało się od zbyt dużej ilości napoju.
– Po co żeś wypił tyle tej naszej herbaty? – spytał znienacka Teo
– No bo chciało mi się pić.
– A jeść nie?
– Nie, nie byłem głodny – skłamał
– Acha, to dlatego Ci burczy w brzuchu, bo nie byłeś głodny?
– Bo dopiero teraz jestem, a wtedy chciało mi się pić.
– Hmmm… rozumiem, że wydedukowałeś, że to PLACKI były zatrute – powiedział powoli Murek akcentując słowo „placki”
– A nie były? – głos chłopca zadrżał
– Nie, nie PLACKI!
– Nie placki – powtórzył za nim chłopiec
– Nie PLACKI
Gabriel zadrżał, straci grunt pod nogami, przytrzymał się kejta, aby nie upaść, w brzuchu jakby na dowód tego, że „Nie PLACKI” ale ta „HERBATA” była zatruta, zabulgotało mu ponownie. Tak, co za suspens. Herbata otruł go herbatą! Przecież powinien o tym pomyśleć. Co za zwrot akcji, zaskakujący, dowcipny, a jednoczenie tak pewny, że to POWINNO tak właśnie być, że aż się żachnął, aż sam się zdziwił, że nie wziął tego od razu pod uwagę. HERBATA, pomyślał.
– il… ile mi zostało? – spytał
– Mało!
– To po… po co kupiłeś tego kejta, a no tak, nawet za niego przecież nie zapłaciłeś. Nie kupiłeś, po prostu wziąłeś, a jak umrę oddasz, jaki ja jestem głupi! I te bajki o więzi!
– Po co? Dla zabawy. Musiałem Ci czymś zająć czas abyś nie poleciał od razu do tej swojej ludzkiej rodziny, zanim trucizna zacznie działać – prychnął Murek
– Nie lubisz ich?
– Ja tego nie powiedziałem.
– Mnie też nie lubisz, nabrałeś mnie.
– To ty tak dedukujesz.
– I co dalej?
– Pójdziemy do domu, damy Aresa do stajni, wyczeszesz go, nakarmisz, napoisz, a potem pójdziesz coś zjeść?
– I to będzie mój ostatni posiłek, tak?
– Możliwe.
– Zdążę zrobić jeszcze to wszystko przy tym zwierzęciu?
– Musisz, w końcu to TWÓJ kejt.
– A potem koniec?
– Możliwe i pójdziesz cos zjeść, bo mam dość tego twojego burczenia w brzuchu!
Gabriel poczuł się bardzo słaby, widocznie trucizna już działała. Ciekawe czy będzie się bardzo męczyć, czy będzie miał konwulsje, wymioty, czy inne dolegliwości zanim umrze. Chciał spytać Murka, ale zauważył, że cała ta sytuacja bardzo go bawiła, więc nie spytał, nie chciał pytaniami sprawiać mu jeszcze większej radości. W końcu doszli do domu Murka, od razu skierowali się do stajni. Gab przywiązał Aresa do wskazanego przez Teodozjusza żłobu i próbował go czesać, Murek spokojnie czesał Bachusa. Przez ciało chłopca przeszedł taki spokój, gdy dotykał swoje zwierzę, czuł się jakoś tak z nim związany, związany z tym światem. Jak Murek mógł tak z niego zakpić, dając mu to uczucie po tym jak go otruł! Łzy znów napłynęły do oczu chłopca. Ciekawe czy jak już umrze to ten kejt znajdzie sobie kogoś innego? A wmawiał mu Teo, że tak się liczą z naturą, a tu proszę dla zabawy wyszukał mu kejta, aby połączyła ich taka więź? Widać wszystko to co mi o ich rasie opowiadał to bajki, a ja się głupi tak łatwo dałem nabrać. Poczuł jakieś skurcze w żołądku, widocznie to już jego ostatnie chwile.
-Źle się czujesz? – padło pytanie
– Tak.
– To daj już sobie spokój z tym czesaniem, musisz jeszcze dać mu siana i nalać wody, dasz radę?
– Tak, a mogę potem pójść się położyć?
– Możesz!
Teodozjusz pokazał mu gdzie jest siano, nałożył też siano do żłobu swojego kejta, potem nalali wody do wiader. Murek spokojnie głaskał Bachusa, gdy ten jadł, wydawał się taki spokojny i taki wrażliwy na los tych zwierząt. Oszust!
– Mogę już iść się położyć? – ostatkiem sił spytał Gabriel – proszę.
– Możesz.
Gabriel wyszedł ze stajni na chwiejnych nogach, miał nadzieje, że dotrze do pokoju Murka zanim upadnie, że nie umrze pośrodku podwórka, gdzie może jeszcze inni Murkowie to zobaczą i będą się z tego cieszyć. Wszedł do domu, nabrał powietrze w płuca i szybkim krokiem przeszedł do pokoju, i padł na swoje łóżko, aż się zdziwił, że miał tyle siły, że nie upadł wcześniej. I oto leżał na łożu śmierci! Zakręciło mu się w głowie, oczy miał pełne łez ze strach, irytacji, żalu, złości. Zamknął oczy. Nie, nie pokaże tego temu mordercy! Widział, że Murek stoi w drzwiach i patrzy na niego z przekąsem, i chyba jakąś radością. Pewnie się cieszy, że w końcu ma już mnie z głowy, nie będzie musiał już przechodzić, udawać przyjaciela, a nawet brata, ba brata bliźniaka! Załkał cicho!
– Dzień dobry – usłyszał i zamrugał powiekami.
– Gdzie? Gdzie ja jestem?
– A gdzie chciałbyś być?
Gabriel się zamyślił, omiótł wzrokiem pokój, leżał na łóżku w domu Murka, ale przecież miał umrzeć.
– Uszczypnąć Cię?
– A możesz?
– Ała – krzyknął gdy Murek bezceremonialnie podszedł do niego i bardzo mocno go uszczypnął.
– Zabolało?
– Tak
– A więc masz dowód, że w tej chwili nie spisz i że żyjesz, prawda? Tak to u was się sprawdza?
– Tak, ale dlaczego?
– Co dlaczego?
– Żyję?
– A dlaczego miałbyś nie żyć?
– Przecież mnie otrułeś?
– Ja? Jak?
– No tą waszą herbatą?
– A dlaczego tak myślisz?
– Przecież mi powiedziałeś?
– Kiedy?
– Jak wracaliśmy z Aresem do domu.
– Ja tego nie powiedziałem – powiedział Murek
– Jak nie powiedziałeś? Powiedziałeś.
– Że otrułem ciebie naszą herbatą? Tak powiedziałem?
– Tak!
– Nigdy nic takiego nie powiedziałem.
– Powiedziałeś, że…
– Że placki nie były zatrute.
– No właśnie.
– To ty przypuściłeś, że jeżeli nie placki to herbata.
Chłopiec zamyślił się, w sumie, Murek ma rację, powiedział „nie, nie placki”, a on od razu skojarzył, że jeśli nie placki to trucizna musiała być w piciu.
– Ale powiedziałeś, że to mój koniec.
– Nie, odpowiedziałem tylko na twoje pytanie, że możliwe i nawet nie uściśliłem czego ten możliwy koniec dotyczy.
Oczy Murka śmiały się, całym nim powoli targały konwulsje śmiechu. Gabriel patrzył szeroko otwartymi oczami nic nie rozumiejąc.
– A więc otrułeś mnie czy nie? – spytał z wściekłością
– No jak jesteś na mnie taki zły, za to, że tego nie zrobiłem, to teraz bardzo żałuję, że jednak nie – Teo zaśmiał się
– A więc nie? To dlaczego tak się źle czułem, jakbym umierał?
– Po pierwsze przeszedłeś do innego świata, widać, tak zareagował Twój organizm, po drugie osłabiłeś go nie jedząc, a po trzecie opiłeś się napoju, że aż ja słyszałem jak Ci się to przelewa, no i przede wszystkim po czwarte, wmówiłeś sobie, że umierasz, to umierałeś. To jakby takie odwrotne „placebo”, placebo na truciznę. Tak się u was to chyba nazywa? „Placebo” to lek czy jakaś substancja, która leczy poprzez z wiarę w leczenie, a Ty umierałeś poprzez wiary w otrucie
– Ty naprawdę dużo o nas wiesz, ale skąd wiedziałeś, że ja o tym pomyślałem, że mnie chcesz otruć?
– Jesteśmy w moim świecie, my czujemy więcej niż wy. Do tego jesteśmy sobie bardzo bliscy, pamiętasz? Czułem to, no i widziałem jak się zachowywałeś przy stole, jak patrzyłeś na placki, którego ja wziąłem, który wezmę następny, kalkulowałeś i piłeś, bo picie było we wspólnym dzbanku, a potem się i tego przestraszyłeś. Czułem to i widziałem to po twoich oczach, i zachowaniu.
Gabriel poczuł zawstydzenie, a potem złość i potem znów wstyd. Jak mógł tak pomyśleć o swoim „bracie” z innego świata, o Starszym, ale jak on mógł zabawić się tak jego kosztem, bo widział, że Murek się dobrze bawił i wtedy, i teraz.
– To może w końcu coś zjesz? Zostało jeszcze dużo placków dla Ciebie, chcesz?
– Chcę
Teo znów przyniósł na tacy talerz pełen placków, owoce i syrop, oraz talerzyk dla Gaba, postawił wszystko na stoliku.
– Jedz – powiedział – ale czekaj, może chcesz jeszcze pić? – zadrwił ze śmiechem.
Gabriel spojrzał na Teo z wściekłością za dowcip, jednak szybko zajął się plackami, był na prawdę głodny, pałaszował, aż mu się uszy trzęsły, zjadł ich tyle, że Teodozjusz się przestraszył, że teraz będzie „umierał” z przejedzenia.
– Tak, masz rację, są na prawdę dobre, byłem tak zestresowany, że nawet nie wiedziałem jak smakują, smaku tego co piłem tez nie pamiętam, ale na razie więcej pić nie chcę.
– A pamiętasz chociaż swojego kejta?
– Trochę, wiem, że to „jak koń”, taki „niby nasz koń” i że jest wielki, i ma na imię coś od wojny, miałem chyba „Jet lag”, to takie ziemskie określenie, Amerykanie go wymyślili i go używają. To takie zaburzenie rytmu dobowego spowodowane dużą zmianą czasu. To tutaj rzeczywiście bardzo pasuje, dużo o tym czytałem, ale nigdy nie czułem, no aż do teraz.
– Mam nadzieję, że się do Portalu przyzwyczaisz i następnym razem nie będziesz się tak czuć.
– Ja też – odpowiedział Gab
– To rusz się, idziemy do stajni, zobaczyć tego twojego „niby konia”
Gabriel wstał, jeszcze się trochę jakby zachwiał, ale chyba za szybko podniósł się z krzesła przez to poganianie przez Teo i poszli do stajni.
– Dobra, to teraz już nie marudź tylko rób to co ja, masz tu szczotkę, delikatnymi ruchami od góry do dołu wyszczotkuj zwierzę, tak aby ta wieź w was się stworzyła, wymawiaj często jego imię, aby kejt przyzwyczaił się do tonu twojego głosu i poczuł, że jest twoim zwierzęciem.
Gabriel spojrzał na swojego „jak konia”. Rzeczywiście zwierzę przypominało mu konie z jego świata. Jego kejt był koloru białego, był trochę większy niż ziemskie konie i trochę smuklejszy. Miał dłuższe, bardziej spiczaste uszy, porośnięte na końcu charakterystycznymi pędzelkami, trochę takimi jak u ich wiewiórek, koloru zielonego i żółtego, oba kolory przeplatały się kępkami. Również smuklejszą głowę i szyję, niż konie. Niebieskie oczy, i szare nozdrza. Natomiast nad głową jego „grzywa” była jak pompon, czy kulka, również w kolorze zielonym i żółtym. Takie same kulki przebiegały przez cały kark kejta. Mimo, że wydawał się być bardziej szczupły, niż odpowiedniki ze świata Gabriela, to jednak był bardzo mocno umięśniony, przy każdym ruchu widać było jak pracują wszystkie jego mięsnie. Grzbiet też miał mocno zbudowany, dający uczucie pewności, że utrzyma Gaba. Kończyny miał wysmukłe, kopyta trochę dłuższe i szare, porośnięte włosiem, również zielonym i żółtym. Natomiast jego ogon, bardziej uniesiony, długi i puszysty, pokrywały odstające włosy zielone i żółte tworząc urokliwa kitę, też bardzo przypominającą wyglądem ogon wiewiórek. Kejt był taki kolorowy, trochę jak z bajki, ale bardzo dostojny. Kejt Teodozjusza był umaszczony biało w czarne łaty, trochę jak ich mustangi, a grzywa, pompony, ogon i kopyta miał umaszczone w kolorze przeplatanym zielonym i pomarańczowym. Wydawał się być też bardzo dostojny, ale i bardziej dziki, może Gab odebrał go tak, właśnie przez te łaty przypominające mustanga. W duchu ucieszył się, że jego kejt, to właśnie to zwierzę.
– No dobra, tylko jak mam spleść swoje dłonie z jego hmmm grzywą, mam trzymać się pomponów? – zażartował – i to z nich przejdzie z niego na mnie ta wspólna moc i wieź? Pewnie mam wybrać odpowiednie pompony, może czwarty od góry i trzeci od dołu? Czy każdy pompon się ze mną połączy? – żartował dalej trochę drżącym głosem, w sumie nie było mu tak całkiem do śmiechu, a żarty mały odciągnąć jego myśli od strachu przed tym wielkim, bajkowym zwierzęciem.
-Tak, tylko musisz dobrze policzyć, bo jeśli pomylisz pompony, to kejt wessie twoja jaźń i staniesz się bezwolną masą, robiącą co tylko to zwierzę będzie chciał – zażartował Teo.
W oczach Gaba chyba znów pojawił się strach, lub Teo zobaczył to wszystko, co wcześniej przyjaciel starał się przed nim ukryć, czego wcześniej nie zauważył, bo spoważniał i zasępił się. Poczuł to, ten strach, który mógł odczuwać człowiek, wcześniej tego tak nie odbierał, mógł przechodzić przez Portale kiedy tylko chciał, w jedna i drugą stronę, Ale co gdyby to on potrzebował do tego Gaba i po przejściu do ich świata miałby świadomość, że jest od niego zależy, w obcym świecie, nie mając możliwości sam do powrotu do siebie. Czuł by się od Gabriela bardzo uzależniony. Co gdyby po jego przejściu wyremontowali ten kawałek domu, zabierając mu duszę, Portal by się już mógł nie otworzyć, jakby się wtedy czuł. Osaczony! Czy tak mógł czuł się Gabriel? Uzależniony od Teo, osaczony obcym światem, niepewny czy w ogóle wróci do domu. Tak też pewnie czuje się Tadeusz, pomyślał. Podszedł do przyjaciela, uśmiechnął się, poklepał go po ramieniu i podał mu szczotkę do czesania
-Gab, wszystko będzie dobrze, masz mnie, ja zawsze będą twoim bliźniaczym bratem z innego świata, a Ty moim, a z kejtem szybko nawiążesz więź już na zawsze. Zobaczysz, nasze zwierzęta bardzo mocno związują się ze swoimi towarzyszami. Acha, a to coś od tej wojny to Ares, tak ma na imię Twój kejt. Ares!
Gabriel trochę z oporami i ciągle ze strachem przed jego wielkością, zaczął czesać swoje zwierzę. Jednak im dłużej to robił, tym bardzie czuł się rozluźniony i odprężony. W trakcie ruchów ręką z góry na dół wymawiał cicho jego imię.
– Ares, Ares, Ares.
Po chwili poczuł, że zwierzę też się rozluźniło, a słysząc swoje imię wymawiane przez chłopca cicho rżało. Serce młodzieńca zalała fala ciepłego uczucia. Teraz już nie tylko czesał Aresa, ale na przemian to prawą ręką czesał go szczotką to lewa ręką głaskał wymawiając co rusz jego imię.
– Widzisz – pochwalił go Teo – o to chodziło. Bardzo dobrze Ci idzie. A teraz chodź tutaj, to są jego rzeczy, które trzeba mu nałożyć i będziesz mógł spróbować na nim pojechać. To jest czaprak, nałóż mu to tak, jak ja na Bachusa – pokazał chłopcu – teraz siodło, o tak. A teraz ogłowie, dobrze się przypatrz, jak ja to robię.
Gabriel wziął czaprak, i postarał się ubrać go na Ares tak jak Teo na Bachusa, następnie zrobił to samo z siodłem, i pozapinał. Czyli maja siodło, nie są do końca jak dzicy, pomyślał . Nałożył na głowę kejta ogłowie. Trochę czuł dyskomfort, gdyż Ares zarżał w tym czasie.
– O, już Ciebie lubi – zaśmiał się Teo gdy Gab odskoczył od zwierzęcia przestraszony – pogłaskaj go teraz po głowie, niech poczuje wasza więź.
Podszedł do kejta Gabriela i posprawdzał, czy wszystko dobrze zostało ubrane i zapięte, oraz czy nic, nigdzie zwierzę nie uwiera.
– Teraz odwiąż kantar, to to – pokazał – i wyprowadź go za mną ze stajni.
Gab zrobił to co powiedział mu Teo i wyszli na podwórko ze swoimi kejtami.
– Wsiada się z lewej strony, najpierw lewa nogę do lewego strzemienia, o tak – pokazywał pomagając chłopcu wsiąść – utrzymaj równowagę i prawa noga do prawego strzemienia, brawo. Usiądź wygodnie, ściągnij wodzę, to to – pokazał – i powolutku ruszaj za mną, na drodze wyrównaj ze mną, abym mógł ci pomóc.
Teo wsiał na Bachusa i powoli ruszył stępem. Odwrócił się, aby sprawdzić czy Gab jedzie za nim. Ares sam odruchowo podążył za Bachusem, Gabriel trzymał kurczowo wodze trochę przestraszony.
– Dobrze wam idzie – pochwalił Teo.
Wyjechali z podwórka na drogę, Teo cmoknął na kejta Gaba aby ten wyrównał szyk z Bachusem. Chwilkę jechali stępem następnie przyśpieszył swojego kejta i cmoknął znów na Aresa, ten od razu zareagował przechodząc w kłus. Gabriel dalej trzymał się kurczowo wodzy, jednak z chwili na chwilę czuł się bardziej bezpieczny.
– Widzisz to nie jest takie trudne, nasze kejty bardzo dobrze współpracują z jeźdźcem, Będzie dobrze, a za jakiś czas pogalopujemy w siną dal jak chciałeś, w stronę zachodzącego słońca – zaśmiał się zadowolony z postępów Gaba, przyjaciel.
Chłopcy podjechali pod dom Kiry i Teodora. Zsiedli z kejtów przed furtką i wprowadzili je na podwórko. Z domu na powitanie wyszedł Teodor i od razu zauważył piękne zwierzę wnuczka.
– Cześć Chłopaki, Gabrielu to twój kejt?
– Tak, to Ares, wybrał mnie – pochwalił się chłopiec, nie wspominając, że trafili na niego dopiero na trzecim targu.
– To bardzo ładny kejt – dziadek aż cmoknął oglądając Aresa – Zaprowadźcie zwierzęta do stajni i chodźcie do domu.
Teo i Gab zaprowadzili kejty do stajni, przywiązali za kantar, dali im siana oraz wody i poszli do domu.
– Łaski Wiecznych w nowym dniu – przywitali się z domownikami.
– Łaski Wiecznych chłopcy – powiedziała Kira- jesteście głodni?
– Dziękujemy, jedliśmy u mnie – odpowiedział Teo – chyba, że Gab jest głodny?
– O nie, ja też dziękuję – odparł Gabriel
– To siadajcie, zaparzę wam herbaty.
– Uprawiacie tutaj też tą roślinę, czy ja coś źle zrozumiałem? Piłem już u Teodozjusza jakiś napój, ale nie wiem czy to taka sama roślina – spytał Gab
– U nas ona się trochę inaczej nazywa, ale Teodor mówi, że smakuje identycznie, więc w naszym domu ten napój nazywamy herbatą. Zresztą już dużo Murków też mówi już na ten napój „herbata”, jakoś tak to się przyjęło.
– Proszę – Kira postawiał na stole kubki z herbatą – a to jest słodziak do niej, Teodor mówi, że to jak wasz cukier.
Gabriel nasypał słodziaku do herbaty, wymieszał i spróbował.
– Dobra – pochwalił – rzeczywiście smakuje bardzo podobnie. Widać, że akurat tego tutaj mi nie będzie brakować – zażartował
– Jak już trochę tutaj z nami pomieszkasz, to sam zauważysz, że może rośliny nazywają się inaczej, to jednak potrawy można z nich zrobić bardzo podobne do naszych – powiedział dziadek.
– Szczególnie w naszym domu – zaśmiała się Kira – Teodor nauczył mnie waszej kuchni, więc jak zatęsknisz za potrawą bardziej Ci znaną to zapraszamy do nas.
– A może chłopak postanowił zostać u nas? Gabrielu zastanowiłeś się? – spytał dziadek
– Nie wiem sam, ale myślę, że na pewno na razie zostanę z Teo, jeśli jego rodzice się zgodzą.
– Wiesz, że już się zgodzili i zapraszają Ciebie do nas – powiedział Teodozjusz.
– To niech zostanie tak jak jest – zdecydował Gab – ale bardzo chciałbym z tobą, dziadku i tatą porozmawiać.
– Tadeusz zaraz wróci, ale my możemy pójść i usiąść sobie przed domem, powspominamy dawne czasy – zażartował Teodor – chodź wnuczku.
Dziadek objął chłopaka ramieniem i obaj wyszli na dwór. Poprowadził ich pod niebiesko-błękitne drzewo z różowymi kwiatkami następnie usiedli na ławce przy drewnianym stole.
– Co Ciebie trapi? Opowiadaj póki nie ma taty, on się bardzo martwi o Ciebie i o Barbarę. Może ja będę mógł ci pomóc.
– Wiesz dziadku, wczoraj jak przeszedłem, byłem bardzo szczęśliwy, to na pierwszy rzut oka cudowny świt, mogłem też zobaczyć ciebie i tatę, ale rano te emocje opadły i dopadły mnie wątpliwości, straszne wątpliwości. A jak Teo dał mi ich ubranie w brązowym kolorze, jak wasze, to zacząłem się zastanawiać jako kogo oni nas tutaj traktują, że może oni Was tu trzymają na siłę, jako więźniów, że mnie tu sprowadzili podstępem i bajkami o strasznym Cieniu, nawet bałem się, że chcą mnie otruć.
– A czy chciałbyś ubranie czerwone, albo zielone? Oni tutaj chodzą ubrani bardzo barwnie i nie ma podziału na płeć, jednak wiedzą, że u nas jest pod tym względem inaczej. Dlatego przygotowali ubrania dla nas i dla Ciebie w spokojnej barwie, ja myślę, że to miło z ich strony.
– Chyba masz rację dziadku. A jak wam tutaj jest?
– Widzisz synu, ja tutaj przeszedłem aby uratować swojego ojca, zostawiłem w naszym świecie twojego tatę, twoja mamę i ciebie. Byliście mi bardzo bliscy i bardzo za wami tęskniłem, ale wiedziałem, że macie siebie, ale poza wami tam, u nas, byłem jednak samotny. Gdy przeszedłem tutaj dowiedziałem się, że mój tata nie żyje. Był to dla mnie trudny okres, czułem się rozdarty, z jednej strony nasz świat, z drugiej ten, nie widziałem sensu mojego przejścia. Ale potem poznałem Kirę, ona też była samotna, jej maż umarł. Z czasem zakiełkowało uczucie między nami i postanowiliśmy zamieszkać razem, Zbudowałem dom, aby demony przeszłości jej nie dręczyły, abyśmy mogli zacząć razem do zera. Wszystko zaczęło się w tym świecie układać. Zaakceptowałem swój los, wsiąkłem w ten świat. Ja nie mógłbym wrócić z Tobą nawet gdyby to było możliwe. Kira nie przejdzie, Larysa też nie a ja ich nie zostawię. Cieszę się z twojego widoku, ale mnie nie musisz ratować, jest mi tu dobrze.
– A jak traktują ciebie Murkowie?
– Różnie, jedni są bardzo sympatyczni, innym nie podoba się to, że jesteśmy w ich świecie. Ale te istoty wierzą w Wolę Wiecznych, a i Starszyzna słucha się ich postanowień. To trochę jak świętość. Nie wszyscy ze Starszyzny są za nasza obecnością, ale akceptują to co Wieczni im przekazują.
– A tata?
– Twój tata nie może się tutaj odnaleźć, za bardzo tęskni za tobą i Barbarą. Jak przeszedł zamieszkał z nami, gdy czas mijał, a on cały czas tęsknił, szwendał się z posępną miną, powiększyłem dom, abyśmy my z Kira i Larysa czuli się komfortowo i aby twój tata miał tutaj swój kąt. Jeśli to prawda, że uda Ci się przejść z powrotem do naszego świata, musisz spróbować zabrać go ze sobą. Musisz zaryzykować, nawet gdyby on nie chciał. Tadeusz jest tutaj nieszczęśliwy.
– Dobrze dziadku, uszanuję twoja decyzje i twoje rady. Ale zastanawiam się ciągle po co ja tutaj jestem, na pewno aby was uratować, tylko, czy to może być jedyny powód?
– Starsi ciągle mówią o tym Cieniu, który zatacza coraz większy krąg w ich świecie. Starszyzna widziała też oznaki Cienia w naszym świecie. Różne wojny, klęski żywiołowe, które u nas występują, to ich zdaniem może być wpływ Cienia. Nie potwierdzają tego, ale nie negują, Starszy zawsze mówi, że pokonanie Cienia u nich będzie miało wpływ też na nasz świat. Słońce w jakiś sposób przyświeca nam i im jedno, więc wierze w to, że i Cień może mieć na oba światy wpływ. Ja nie byłem poza tą główna osadą, ale prawdopodobnie są miejsca, gdzie słońce nie grzeje tak mocno, a Murki szarzeją, brak im tego ciepłego odcienia skóry. Powoli zaczynają przypominać twojego przyjaciela Teo, w naszym świecie. Starszyzna chce z tym walczyć, ale w przepowiedni Wiecznych uczestniczyć ma w tym też człowiek. Na pewno ani ja, czy twój tata nim nie jesteśmy. Nie wiem czy jesteś nim ty Gabrielu. Mam nadzieję, że nie przestraszyłem ciebie tymi słowami. Jesteś jeszcze bardzo młody, ale musisz wiedzieć, jaka karma może na tobie ciążyć, abyś mógł podjąć decyzję. Bo jeśli Ci się uda, jako pierwszemu wrócić, musisz wiedzieć czy zabierzesz tatę do naszego świata i tu nie wrócisz, czy zdecydujesz się na powrót i tym samy może na walkę obok Murków z Cieniem. To bardzo patetyczne, ale może być prawdą.
– Rozumiem dziadku, postaram się wszystko przemyśleć, dziękuję ci za szczerość, to wszystko rzeczywiście bardzo mnie przytłacza, już tęsknię za mamą i przyjaciółmi, za moim życiem tam, ale coś mnie tak mocno ciągnie tu, jakbym miał mieć dwa życia.
– Może tak właśnie jest, może jesteś początkiem czegoś nowego, wielkiego. Przekonamy się. Może mój wnuk będzie wielkim człowiekiem w dwóch światach, człowiekiem o dwóch światach. A ja będę dumnym dziadkiem.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem czy mnie na to stać, ale będę się starał.
– Chodź przytul się, wszystko będzie dobrze, teraz już musi.
Rozmowa chłopca z dziadkiem z jednej strony go uspokoiła z drugiej wywołała znów burzę myśli. Gab oparł się o ławkę i wystawiając twarz ku słońcu przymknął powieki. Czy to już tak będzie zawsze, że będę miał trudne decyzje do podjęcia? Że ledwo podejmę jedną, już w kolejce będą czekać następne, pomyślał. Ucieszył się, że dziadek czuje się tu dobrze, postanowił też, choć wiedział to od samego początku, że przeprowadzi tatę do swojego świata. W duszy czuł też to, że tutaj wróci. Nie wiedział jeszcze jak to wszystko ogarnąć, ale wiedział jedno, że w jakiś magiczny sposób jego jedno życie zostało podzielona na dwa światy. Jak uda mu się, żyć i tam i tu? Jak poukłada wszystkie sprawy tak, aby oba te życia się zazębiały i nie walczyły ze sobą? Jak w ogóle ma żyć na raz w dwóch światach? Tego jeszcze nie wiedział, ale czuł, że będzie musiał się o to postarać, bo w chwili gdy pierwszy raz usłyszał Murka, dla niego wszystko się zmieniło.
– My ciebie szukamy, a ty się tutaj wylegujesz – zawołał Teo – Larysa ma fajny pomysł, chodź wybierzemy się na przejażdżkę.
Gabriel otworzył oczy, promienie słońca, które wpadły mu do oka na chwile go oślepiły. Zamrugał powiekami i gdy otworzył je ponownie na horyzoncie zobaczył Larysę, córkę Kiry. Słońce, które przesłoniła, rozświetlało ją od tyłu, nadając jej postaci niesamowity, mityczny wygląd o intensywnych barwach. Promienie tańczące w jej włosach wydobywały wszystkie kolory rudości, sprawiając wrażenie jakby jej włosy płonęły. Wyglądała jak Nieziemska Bogini! Serce zabiło mu mocniej, zaczerwienił się. Wiedział , że ten widok zapadnie mu w pamięć.
– Już masz czerwone poliki – powiedział Teodozjusz – abyś mi potem nie marudził, że się spiekłeś.
– Nie wiem o co ci chodzi Teo, rozmawiałem z dziadkiem i zrobiło się tutaj tak przyjemnie.
– To może go zostawmy i jedziemy sami – drażniła się Larysa
– Nie ma takiej opcji, on musi się nauczyć jazdy na kejcie, nie będę mu cały czas matkować – odparł Teodozjusz
– Oczywiście, że z wami pojadę – powiedział Gabriel, nie przegapił by okazji aby lepiej poznać Murkę – ale pamiętajcie, że to będzie raptem mój drugi raz.
Wstał z ławki żegnając się z dziadkiem i poszedł za nimi do stajni. Tam czekała aż Larysa przygotuje swojego kejta, chłopcy odwiązali kantary i wyprowadzili kejty na podwórko.
– To jest Burza – przedstawiła Larysa – piękna prawda?
Gabriel nie mógł się nie zgodzić, serduszko zabiło mu mocniej gdyż stwierdził, że piękne są dla niego obie. Zwierzę było umaszczone biało w grafitowe łaty, oczy miało prawie granatowe, a grzywę, ogon, pompony i kopyta w kolorze niebieskim przeplatanym z pomarańczowym. Podszedł do Burzy i pogłaskał ją po pysku.
– Tak to piękne zwierzę – powiedział – ale mój Ares tez jest urodziwy.
– Nie tak jak mój Bachus – przekomarzał się Teo
– Oj dzieci, dzieci, wszystkie są piękne – zaśmiał się Teodor – ale chyba najbardziej niecierpliwią się już na przejażdżkę.
Młodzież wsiadła na kejty i ruszyli z kopyta powoli ze stępa, potem kłusem. Na uliczkach jechali gęsiego, trzymając Gabriela w środku. Wjeżdżając na drogę wyrównali szyk i ruszyli galopem.
– Gabriel dasz radę? – spytał Teodozjusz
– Postaram się – odkrzyknął Gab
– Dobrze ci idzie – pochwaliła go Larysa
Teo i Murka puścili lejce i rozpostarli ramiona, chwile gnając przed siebie, tak jakby lecieli, wyprzedzili Gabriela. Gab też spróbował, jednak zachwiał się na kejcie i pospiesznie chwycił lejce z powrotem. Larysa odwróciła się i widząc, że chłopiec sobie nie radzi, chwyciła lejce, wstrzymała swojego wierzchowca podjeżdżając do Gabriela
– Zaufaj mu – powiedziała – Ty i zwierzę tworzycie jedność, kejt zawsze wyczuwa każdy ruch swojego jeźdźca, ale wyczuwa też twoje emocje, twój strach. Jeśli mu zaufasz, nigdy ciebie nie zawiedzie, będziecie złączeni już na zawsze, musisz mu tylko dać szansę. Kejt to nie tylko zwierzę, które ci służy do przemieszczania się, to twój druh, twój przyjaciel. Weź głęboki oddech kilka razy, uspokój myśli i uczucia, okaz mu zaufanie i powoli, gdy wyczujesz waszą więź puść jeszcze raz lejce. Nie spiesz się i nie jedz szybko, niech Ares ciebie prowadzi.
Chłopiec wciągnął powietrze i wypuścił, wciągnął i wypuścił. Powtórzył tą czynność jeszcze kilka razy w duchu wymawiając imię zwierzęcia. Nie myślał o niczym, uspokoił rytm serca i zamknął oczy. Dobra, ufam ci, rób swoje Ares, tylko mnie przed nią nie zawstydź, pomyślał. Puścił lejce i przez chwile jechał z zamkniętymi oczyma. Leci, tak poczuł to, poczuł że leci. To było niesamowite uczucie, otworzył oczy i pozwolił zwierzęciu wyrównać do przyjaciół, teraz razem w trójkę „lecieli” na swoich kejtach w przestworza.
– Huraaaaaa – wyrwało się Gabrielowi.
– Huraaaaa – zawtórowali mu towarzysze.
Gabriel odwrócił wzrok na Larysę, wyglądała jak rudowłosa bogini. W tej chwili nie chciał być nigdzie indziej, cały świat stracił znaczenie, była tylko ta chwila i ona. Lara, pomyślał.
Zmęczeni, po powrocie do domu dziadka, usiedli pod niebiesko-błękitnym drzewem przy stole. Zakątek ten był naprawdę cudowny. Słońce dalej cieplutko przygrzewało, jednak nie było już tak gorąco jak wcześniej, Zapowiadał się ciepły wieczór. Będę musiał zaproponować Teodozjuszowi, żeby zrobić podobny stół z ławkami u niego na podwórku, bardzo by się przydał, pomyślał Gabriel. Larysa z Teo poszli do mieszkania, Gabriel został na dworze sam. Po chwili Murka wróciła z herbatą, ciasteczkami i słodziakiem. Postawiła wszystko na stole.
– Ile ci nasypać słodziaku- spytała
– Jedna łyżeczkę poproszę.
– Jak ci się u nas podoba? Będziesz bardziej jak twój dziadek, czy jak twój tata?
– Chodzi ci o to czy bym mógł tu zostać, czy tęsknił za powrotem?
– Tak, dokładnie o to chciałam zapytać, jeśli już znasz odpowiedz.
– Chyba liczę, że będę tym pośrodku, bardzo mi się tutaj podoba i nie chciałbym tego stracić, ale tęsknię za moim światem więc chcę też do niego wracać.
– Czyli chcesz złapać wszystkie sroki za ogon? Chyba to tak mówił twój dziadek.
– Jeśli mi się uda, to tak – zaśmiał się Gab.
– Czy twój świat się bardzo różni od naszego?
– W sumie i tak i nie. Na pewno różnic jest dużo. Mamy większe domy, ale wasze są przestronniejsze i maja większe okna. My mamy elektryczność, takie światło, które jak mówił Teo , bardzo drażni wasze oczy. Mamy środki lokomocji do przemieszczania się, nie mamy Portali, ja bardzo lubię jeździć na rowerze,
– O tak, wiem co to jest rower, twój dziadek mówił, że kiedyś taki zrobi, że to frajda na nim jechać i jednocześnie korzyść.
– To prawda. Często jeździmy z przyjaciółmi na wycieczki rowerowe.
– Dużo masz przyjaciół?
– Nie, takich najbliższych to tylko Krzysztofa i Anię. Razem spędzamy dużo czasu, razem chodzimy do jednej szkoły i klasy. A u was też jest szkoła?
– Tak, tylko u nas to wygląda trochę inaczej niż opowiadał Teodor, ale też przyswajamy sobie wiedzę o wszechświecie i różne nauki.
– Niby tyle różnic jest między naszymi światami, ale jeśli pozwolić sobie je poznać, to są do siebie bardzo podobne i każdy ma dużo do zaoferowania.
– Tak, i trzeba przyznać, że ludzie są jednak fajni, a myślałam, poznając twojego dziadka i tatę, że jesteście nudni i nieciekawi.
– Bo to trzeba poznać odpowiedniego człowieka – zażartował Gabriel
– Tak, chyba tak – wyrwało się Larysie
Oboje jednocześnie podnieśli głowy i spojrzeli sobie w oczy dostrzegając ten blask, to coś, co jednocześnie ich zaskoczyło i zawstydziło. Policzki chłopca i dziewczyny oblał rumieniec. Murka zerwała się z ławki kierując się do domu.
– Chyba już czas myśleć o spaniu – rzuciła na odchodne – Dobranoc, tak chyba się u was mówi.
– Dobranoc Lara, Oby Wieczni zesłali Ci dobry sen.
Z domu Kiry wyszedł Teodozjusz i usiadł obok Gabriela.
– A coś taki czerwony? Słoneczko ciebie spiekło? – zażartował dając mu kuksańca w bok.
– Chyba tak – szybko odpowiedział Gabriel.
– Bajerujesz mi brachu, widziałam jak na siebie patrzycie.
– No co ty – Gabriel spąsowiał jeszcze bardziej
– Widzę jak na nią patrzysz jak ona tego nie widzi i widzę jak ona zerka na ciebie, coś się między wami iskrzy. Ale ja nie mam nic przeciwko, Larysa jest dla mnie bardziej jak siostra, oby się wam tylko udała, jeśli tak się stanie. Dobra Romeo, zbieramy się do domu, zrobiło się późno i znalazłem przezwisko dla ciebie, Romeo – zażartował ponownie Teo.
– Nawet nie próbuj, bo już nie wrócę.
Przed dom wyszedł tata Gabriela aby się pożegnać
– Nie miałem czasu z Tobą dziś pogadać, synu, musiałam załatwić parę spraw ze Starszym. Ale wiem, że spędziłeś dużo czas z dziadkiem i przyjaciółmi, kocham cię synu, jeszcze to nadrobimy.
– Dobranoc tato, pożegnaj tam wszystkich, do jutra.
Chłopcy poszli do stajni odwiązali kantary, wyprowadzili kejty na podwórko i odjechali do domu Teodozjusza.
Następnych kilka dni zleciało Gabrielowi jak z bicza strzelił. Bardzo dużo czasu spędził z dziadkiem i ojcem rozmawiając o wszystkim, szkole , mamie, przyjaciołach, a oni opowiadali o swoim życiu u Murków. Dużo też czasu rozmawiał ze Starszym, o swoich planach, obawach. Musiał przyznać, że nabrał zaufania do Murka. Widział, że nie targają nim żądza władzy czy posiadania, pełnił tą funkcji z Woli Wiecznych, dla swoje rasy i wszechświata. Dużo czasu spędził też z Teo i Larysą, przez nią wszystko inne nabierało innego znaczenia. W końcu złapał się na myśli, że przez ostatni czas nie tęsknił aż tak bardzo za życiem w swoim świecie, że ten świat, tu i teraz, jest też ważny. Zrozumiał, że ma dwa światy i oba musi pogodzić. Klamka zapadła, nie byłby już w stanie zrezygnować, że świata Murków, ale nie mógł też zrezygnować ze swojego świata. Będę chyba żył w dwóch światach, zaśmiał się w duchu „pierwszy człowiek z dwóch światów”. Dużo jeszcze przed nim do zrobienia, aby się to udało. Musi wrócić do świata ludzi, przeprowadzić tam tatę z powrotem i znów wrócić tutaj. Dużo planów jak na jego wiek, ale może to właśnie najlepszy czas na ukształtowanie sobie życia we wszechświecie, może los zmieniając jego życie tak wcześnie wiedział lepiej co robi. Poddał się całkowicie swojej karmie, niech ona go prowadzi. Wiedział co musi zrobić w najbliższym czasie. Wykonać swoje pierwsze zadanie, jakie mu zostało przeznaczona, czyli przeprowadzić tatę z powrotem. Jeśli ma dzielić swój los na oba światy, to musi wiedzieć, że mama jest szczęśliwa i nie cierpi tak bardzo, gdy jego nie ma, oraz że jego ojciec też jest szczęśliwy. Tak, to część jego karmy. Trochę zazdrościł dziadkowi, że ten umiał wybrać i potrafił poświęcić świat ludzi na korzyść świata Murków. Ale z drugiej strony przepowiednia mówi o człowieku, który będzie z obu światów, więc może jego decyzje, jak ostatnio zauważył, nie są już do końca jego. Los się chyba jednak nim bawi stawiając mu na drodze przyjaciół, a szczególnie Ania w jego świecie oraz przyjaciela i Larysę w świecie Murków. To jakieś fatum czy zrządzenie losu, które ma zatrzymać jego i tu i tam? W piersi serce tłukło mu się jak oszalałe, gdy myślał, o tym co go czeka i czemu musi stawić czoła.
Gabriel, obywatel wszechświata, zażartował w duchu, pogromca Cienia.
Słońce, jak co rano mocno świeciło. Gab przetarł dłonią zaspane oczy, po drugiej stronie pokoju Herbata jak zwykle smacznie pochrapywał, jednak on miał wrażenie, że tym razem to nie słońce go obudziło, tylko jakieś głosy obok. Otworzył oczy, zlustrował cały pokój, w pomieszczeniu był tylko on i Teo. Przetarł jeszcze raz dłońmi oczy i usiadł.
– Gabrielu – teraz usłyszał wyraźnie czyjeś wołanie, spojrzał na Murka po drugiej stronie pokoju, ale ten ciągle smacznie spał, Gabriel znów mu pozazdrościł, od kiedy przeszedł do tego świata chodził niewyspany.
– Gabrielu! – dało się słyszeć zniecierpliwienie w głosie, który słyszał.
Czy tylko ja słyszę to wołanie, czy Teodozjusz ma tak mocny sen, pomyślał.
– Tylko Ty – padła odpowiedz na pytanie, które nie zostało wypowiedziane na głos.
– Cholera – powiedział pod nosem Gabriel, który do tej pory nie używał takiego słownictwa – od tego niewyspania mam już omamy.
– Gab, śpij, ja też będę miał przez Ciebie omamy, bo nie dajesz mi się wyspać – powiedział półśpiąco Teo
– Nie, to nie omamy – usłyszał równocześnie drugi głos
– Teo, Teo! Ty też to słyszysz?
– Gab, na Wiecznych, tak słyszę, słyszę twoje marudzenia, połóż się czy coś, tylko bądź cicho, daj mi jeszcze pospać.
– Ale nie, czy mnie słyszysz, tylko czy słyszysz też inny głos.
– Jaki inny, ty na prawdę masz omamy chłopie – warknął Teo – daj mi jeszcze trochę pospać, proszę.
Gabriel wstrzymał oddech, cały dom był jeszcze w uśpieniu. Okna u Murków były bardzo duże, a dom parterowy, chłopiec pomyślał, że w takiej sytuacji, aby nie obudzić nikogo, wyjdzie oknem na podwórko aby pomyśleć. Usiadł pod niebieskim drzewem na ławeczce, na konarach skakały ptaki cichutko kwiląc, one też chyba wiedzą, że trzeba być jeszcze cicho, pomyślał. Oparł się o ławkę, drzewo dawało przyjemny cień i spokój. Szkoda, że wcześniej nigdy nie pomyślał, aby tak zrobić, przymknął oczy i zapadł w lekka drzemkę.
– Gabrielu.
Aż podskoczył, otworzył oczy, dookoła nikogo nie było, wstał rozejrzał się po podwórku, pusto, w domu ciągle było słychać równe oddechy domowników.
– Gabrielu!
– Gabrielu!
– Co! – wykrzyknął jednocześnie z głosem i w tym samym momencie zrozumiał, że tylko jego głos był słyszalny. – Kto to?
– To ja, Teofil – powiedział głos
– Kto? Teofil? To chyba jakieś żarty! Ty nie żyjesz!
– Tak, nie żyję – zgodził się głos – ale czy to oznacza, że nie mogę do Ciebie mówić?
– No chyba tak, raczej tak, tak, martwi nie mówią. Martwi w ogóle nic nie robią, bo nie żyją, są martwi.
– A co dla Ciebie znaczą „żyć”, a co być „martwym’?
– No żyć, mieć ciało, chodzić, jeść, mówić, być. A martwy tego nie robi.
– To cześć z wymienionych rzeczy mogę robić, czy wg twojej teorii, tyle starczy aby żyć?
– Ale nie masz ciała!
– Nie potrzebuję go aby przyjść do Ciebie, mówić do Ciebie i tym samym „Być”!
– Ale nie widzę Ciebie, to gdzie jesteś?
– Przed Toba, za tobą, dookoła, w Tobie, poza tym to że mnie nie widzisz, to nie dlatego że mnie nie możesz zobaczyć, tylko dlatego, że ty nie chcesz uwierzyć, że możesz mnie zobaczyć.
– We mnie?
– Tak i w Tobie, jestem twoim pradziadkiem, masz moje geny, mam też moc jak Ty, a więc tak, jestem i w Tobie w jakiś sposób.
– Jeśli tak na to spojrzeć – dedukował Gab – to masz rację – ale to nie zmienia faktu, że nie żyjesz.
– Aleś się tego chłopcze przyczepił, żyjesz nie żyjesz… co to za różnica. A zamiast zastanawiać się nad tym dlaczego mnie słyszysz tylko Ty, to dywagujesz o moim stanie, dobra nazwijmy to że jestem ciałem astralnym, bytem. Czytałeś o ciele astralnym?
– Tak
– A więc co nieco o nim wiesz, tak? To możesz mieć taka tezę, że nim jestem i przejdziemy już do dalszej części rozmowy i uznamy, ze sprawę „ciała” mamy już za sobą?
Gabriel wybuch histerycznym śmiechem. Siedzi na ławeczce pod niebieskim drzewem, oparty o mur domu Murków w jakimś innym świecie i w porządku, przyjął już to do wiadomości, że to jest „normalne”. Ale teraz rozmawia z pradziadkiem Teofilem o stanie jego bytu, czy nie bytu i do tego tylko w swojej głowie, chyba już całkiem zwariował!
– Nie zwariowałeś – usłyszał inne głosy – wysłuchaj go!
– A Wy to kto? Jest więcej umarłych z mocami? Teofil chyba był pierwszy z Pieczęcią?
– Tego nie wiemy, czy jest więcej umarłych, bo my nie umarliśmy, my się jeszcze nie urodziliśmy
Gabriel na dłuższą chwile zaniemówił.
– Nie… urodziliście się…
Schwał głowę w dłoniach, tak chyba już całkiem zwariował. Gdy podniósł wzrok w blasku słońca zobaczy jakby poświatę, która była coraz bardziej widoczna i przedstawiała postać pradziadka. Nawet gdyby nie oglądał jego zdjęć w gabinecie Teodora i tak by go poznał, widział jego podobieństwo do dziadka, a nawet ojca.
– Pradziadku, to naprawdę Ty!
Za postacią Teofila mniej widoczne majaczyły jeszcze jakieś inne postacie, Gabriel nie mógł odgadnąć tak na sto procent, ale chyba były to postacie i murków, i ludzi.
– A kim Wy jesteście? – zwrócił się do tych postaci.
– My nie wiemy kim – zawtórowali razem.
– Jak to nie wiecie kim, dlaczego?
– Nie urodziliśmy się jeszcze, więc nie możemy wiedzieć kim jesteśmy i kim będziemy. Dopiero jak się urodzimy będziemy mieć tą świadomość.
– No tak, to ma sens – przytaknął chłopiec.
– Gabrielu już dawno chciałem z Tobą porozmawiać, ale czekałem, aż się trochę uporasz psychicznie ze wszystkimi zmianami związanymi z samym przejściem tutaj. A i chciałem Ci powiedzieć, że pomysł, że Herbata chce Ciebie otruć ich herbatą był niedorzeczny, choć tok twojego rozumowania nawet wydawał się być logiczny, a sam przedmiot, który wybrałeś w dedukcji do otrucia, dość surrealistycznie komiczny.
– Pradziadku, skąd o tym wiesz?
– Mówiłem, jestem i w tobie, poczułem to.
– A co się z Toba stało?
– Możesz mi mówić Teofil, teraz wiek, tytuły nie mają znaczenia, jesteśmy sobie równi. Przeszedłem tu na wezwanie Wiecznych, aby pomóc Murkom z Cieniem, gdy próbował się wydostać z Kuli, w której został zamknięty. Niestety ja nie miałem tak wielkiej mocy, jaka była potrzebna i co prawda udało się nam utrzymać go w jego zamknięciu, to jednak jemu udało się zrobić małe pękniecie, malutkie, wielkości długość Plancka. Ale już nawet tak mikre pęknięcie nie dawało pewności, że zostanie w Kuli na zawsze, gdyż daje mu możliwość sączenia się przez nie. U Murków, sam o tym wiesz, zdania co do zawarcia naszej z nimi „Pieczęci” są podzielone, więc słyszałem również głosy „Po co go tu sprowadziliśmy, on nic nie pomógł…”. Co prawda Starszy mówił, że bez mojej pomocy może wyrwa byłaby większa, może nie udałoby się go tam utrzymać, ale czułam jakiś żal, że zawiodłem, uczucie takiej bezużyteczności, pustki i już nie czułem się tu dobrze. Starszy mówił, że nie może mi pozwolić przejść z powrotem, dopóki nie będzie miał pewność, że nic mi się nie stanie. Ja nie chciałem czekać i postanowiłem przejść sam. Byłem butny, miałam przecież moc, przeszedłem w jedną stronę, to byłem pewny, że i wrócę. Jednak przejście z powrotem było trudniejsze i mimo, że Portal przepuścił mnie w jedną stronę, to w druga jakby już nie chciał. Gdy już przepełzło przeze mnie to zimno, szedłem jakimiś tunelami, wpadałem w jakieś czarne dziury, Portal jakby mnie z sykiem wyrzucał znów do jakiś tuneli w innych wymiarach. Nie czułem tej mocy, która wskazywała mi drogę za pierwszym razem. Aż w końcu wyrzucił mnie Nicość i w ułamku sekundy straciłem swoje ciało, o które tak się dopytywałeś i stałem się tym czym jestem teraz. Czy nazwiesz to ciałem astralnym, czy bytem, czy nie wiem czym jeszcze, nazwij zresztą jak tam chcesz, jestem czym jestem, dla mnie nie to ma to znaczenia. Natomiast moje ciało fizyczne zamieniło się w pył. Czułem gdy Murkowie odnaleźli tą fizyczną cząstkę, która była mną, Starszy odczuł to psychicznie bardzo źle i zabronił przechodzić na druga stronę Teodorowi i Tadeuszowi. Słyszałem o Tobie, Gabrielu, o pokładanych w Tobie nadziejach i czuję w Tobie coś innego, coś więcej niż tylko w sobie.
– A czy ten świetlny twór, który przybliżał się do Ciebie tymi spiralami, przy przejściu, też próbował Ciebie dotknąć?
– Ja nie wiedziałem żądnych świetlnych sprali, nic nie chciało mnie dotknąć przy przechodzeniu, tylko w drodze powrotnej jakaś siła wyrzucała mnie z tych miejsc, gdzie wpadałem, czułem, że Portal jest niezadowolony.
– Dziwne, bo ja widziałem takie świetlne spirale przybliżające się do mnie, w końcu jakby próbowały mnie dotknąć i z sykiem odskoczyły i odeszły.
– Tak, dziwne i możliwe, że bardzo ważne. Może kiedyś się dowiesz co to było, ale Ty Gabrielu masz, jak mówiłem też inne moce niż my, może Portal, jako „żyjąca, myśląca samodzielnie jednostka” już wtedy to w Tobie wyczuła.
– Tak odbierasz Portal?
– Tak, ta materia, żyje, myśli. To nie tylko tunel prowadzący z punktu A do punktu B, to myślący Twór, który Ciebie czuje, odbiera to kim jesteś, i albo Ci pozwoli przejść, albo będzie wszystko robił aby dać ci znać, że mu się to nie podoba.
– To bardzo ciekawa dedukcja pradziadku. Ale wspomniałeś o Cieniu, on istnieje naprawdę i jest na prawdę taki niebezpieczny? Bo co strasznego może zrobić cień? Czym jest cień? Cień rzucają wszystkie przedmioty, które staną światłu na drodze. Samo światło, słońce przecież też nie zabija, może nas poparzyć, wywołać raka, czy udar słoneczny, ale jak cień może zrobić komuś czy czemuś krzywdę? – z powątpiewaniem dociekał Gab.
– Gabrielu, to co mówisz to kwalifikuje cień, jako dział fizyki, jednak ten Cień z którym walczymy, jest tworem metafizycznym, nadnaturalnym, wykraczającym poza świat materialny i fizyczny. Jest to Twór, Byt, tajemniczy, trudny do ogarnięcia zmysłami, do zrozumienia i jak bardzo jest abstrakcyjny, tak bardzo zły. Żywi się rzucaniem mroku na wszelkie istoty mające jakieś zmysły, na przykład odczuwania czy myślenia, oraz mrokiem i złymi czynami jednostek żywych, które zasilają go energią, potrafił się żywić energia umarłych, oraz znaleźć żywiciela, który dostarcza mu tej energii poprzez zło, które ten żywiciel robi. Dzięki temu może nazbierać tej złej energii tyle, aby mógł zniszczyć wszystko. Cień niszczy sam oraz poprzez żywiciela. Pamiętaj chłopcze, Cień to mrok, a mrok może mieszkać w każdej istocie!
– Chyba rozumiem, masz rację dziadku, przedstawiony przez Ciebie w ten sposób Cień może być złem.
– Cieszę się Gabrielu, że rozumiesz, ale pamiętaj musisz w to uwierzyć! I pamiętaj, gdy będziesz potrzebował rady, pomocy, to masz nas, pomyśl o Nas w takiej chwili i jeśli będziemy mogli, to przybędziemy na wezwanie i pomożemy.
– Dziękuję Teofilu, dziękuję Wam, Nieurodzeni, chyba tak was będę nazywać. – Łaski Wiecznych Gabrielu, możesz nas nazywać „Nieurodzonymi” i tak nas przyzywaj gdy będziesz nas potrzebował, a przybędziemy z Teofilem! Pamiętaj, to że nie wiemy kim jesteśmy, a poprzez to nie znamy swoich mocy, to nie znaczy, że ich nie mamy! W jakiś sposób tu jesteśmy, widać mieliśmy się spotkać, więc gdy będziesz Nas potrzebował, wzywaj a My przybędziemy! – istoty pożegnały się, Gab poczuł, że został na podwórku sam.